Małżom na ratunek…

Coś dziwnego dzieje się z Puszkową…

Niby wszystko normalnie, marudzi, narzeka, czepia się, kicha i kaszle po rybomaniakach ale dzisiaj to już nawet siebie przeszła. I nawet ona się zdziwiła gdy naszła ją chwila jasności umysłu i dotarł do niej moment refleksji nad samą sobą :)

Jak to w każdy czwartek, Puszkowa staropolskim zwyczajem, rzuciła się na tzw. okazje w sklepie swoim ulubionym. Kupowanie w nim sprawia Puszkowej przyjemność bo to i owocki są świeże, i warzywa różniaste ze wszystkich stron świata, a to jakieś wyroby mocno egzotyczne. Czasami i maszyna do szycia się znajdzie, o ciuchach sportowych nie wspominając… W każdym razie swój ulubiony sklep Puszkowa lubi bardzo i starannie sprawdza wszystkie możliwe promocje. Promocje odbywają się na ogół w czwartki i poniedziałki, o czym zresztą trąbią we wszystkich mediach dwaj znani kucharze. I tak odtrąbili tydzień azjatycki.

Tydzień azjatycki dla Puszkowej to to czym dla mnie kawał szyneczki :) Miodzio po prostu :) Pełnia szczęścia! Egzotyczna rozpusta gastronomiczna i kilka radosnych kilogramów więcej, pachnących olejem sezamowym i smażonymi warzywkami… Och, gdyby tam jeszcze troszkę więcej czegoś konkretnego było… Nawet ja byłbym zachwycony :)
Ale wiecie: najedzona Puszkowa to szczęśliwa Puszkowa i święty spokój na kilka godzin. Narzekania zaczynają się później…

Ale teraz, wciąż radosna Puszkowa, z gazetką promocyjną w rękach, wpadła do swego sklepu ulubionego prosto w promowane stoisko- wyjątkowo bogate zresztą tym razem. Nabywszy ” drogą zakupu” kilka brakujących składników do swych tajnych przepisów azjatyckich, postanowiła przejść się też po innych fragmentach sklepu. Funduszy przeznaczonych na zakupy już się, co prawda, starannie wyzbyła ale co tam… popatrzeć można.

I Puszkowa trafiła na MAŁŻE.

W gablocie chłodniczej leżały sterty ofoliowanych pudełek. W środku, upchnięte na wzór śledzi, leżały sobie pozamykane skorupy, dokładnie takie same jak te na które Puszkowa tzw. stopą bosą nadeptuje na brzegach jezior. Prawdziwe małże. Po kilogramie w pudełku. Zalane wodą.

Zaciekawiona Puszkowa nie byłaby sobą gdyby nie wsadziła łapy do gabloty i nie wywlekła pudełka. A na pudełku był sobie napis : ” Małże w skorupach. Żywe, świeże, schłodzone”.

Puszkowa popatrzyła, popatrzyła… i mało ją grom z jasnego nieba nie trafił. Rozumiecie : te małże były żywe!!!

Leżały sobie w gablocie, z dala od rodziny, mamy, taty, skały ulubionej i pewnie pogrążały się w smutku, samotności i rozpaczy, trzęsąc się z zimna, bo schłodzone na dodatek. Żywe, biedne, samotne, przez nikogo nie zauważane, jak te psiaki i kociaki ze schronisk, na punkcie których Puszkowa ma totalnego fioła i cały dom zamieniłaby najchętniej na przytułek dla futrzanych sierot. Całe szczęście, że ja tu jestem bo już dawno Puszkowa zamieszkałaby w garażu, moją kanapę oddając innym a tylko ja daję sobie radę z tym rozjuszonym, pchającym się do domu tałatajstwem. To tak na marginesie …

Puszkowej łzy stanęły w oczach. Tak prawie… I postanowiła je uratować.

Policzywszy resztę gotówki, stwierdziła ze smutkiem że uda jej się uratować tylko kilogram tych biednych, samotnych i schłodzonych zwierzątek, ale wiecie : zawsze to coś. Plan był bardzo perfidny :) . Ten sam zresztą który Puszkowa zastosowała grudniową porą :” kupić karpia- wypuścić karpia”. Przecież mamy staw!!!

Pani w kasie popatrzyła na Puszkową z lekkim obrzydzeniem, gdy Puszkowa wyciągała ostatnie groszaki na te obrzydlistwa, bo przecież ona by czegoś takiego w życiu do ust nie wzięła, ale jak kobita chce… Ludzie różne rzeczy ” ją”. Podobno nawet ślimaki…

I tak Puszkowa uratowała cały kilogram małży…Prawie uratowała :) .

Bo dopiero w domu doczytała, że małże pochodzą z naturalnych i ekologicznych łowisk Morza Północnego. MORZA !!!

I posmutniała Puszkowa. Przecież my na etapie morza w ogrodzie jeszcze nie jesteśmy i w stawie woda jest jak najbardziej słodka, z lekko chlorowym posmakiem. I co teraz ?

Na razie małże wylądowały w lodówce i nadal marzną a Puszkowa ma dylemat . Czy :

a/ czekać na tsunami aby woda w stawie zamieniła się w słoną?
b/ wybudować w ogrodzie morze?
c/ założyć akwarium morskie z konikami morskimi, błazenkami i rafą koralową i tam upchnąć małże ?
d/ zeżreć z białym winem i masełkiem czosnkowym?

Ja tam bym zeżarł, jakby mi kto te skorupy pootwierał, nawet bez czosnku, ale wiem że Puszkowa o morskim akwarium marzy…Chyba że znów jakaś zmiana w ogrodzie nastąpi, bo z Puszkową nic nie wiadomo…

Myślę, że Puszkowej jednak najbardziej przydałby się jakiś urlop. Bo z myśleniem u niej nie bardzo…Przecież te małże leżą teraz w naszej lodowce. W naszej czyli mojej. A czy ja prosiłem o jakieś głupie, samotne małże? A jak przyjdzie jej do głowy ratować te biedne, samotne ryby mrożone? Przecież cały staw nam zaświni…

Wasz, prawie zatroskany o stan Puszkowej, Futrzaty :)

Ryby to świnie czyli jak oswoić leszcza…

O rany! Puszkowa jeszcze nie wyjechała.

A miał już być spokój, bez wi-fi i kompa co prawda a w dodatku w stodole, ale bez przemęczonej Puszkowej. Czyli równoważyło się … A tu bez zmian. Puszkowa nawet się jeszcze nie spakowała. Mówi, że wszystko zdąży zrobić, nie będzie się stresować na zapas a ponieważ jest świetnie zorganizowana (!!!!!!) na pewno ze wszystkim się upora o czasie i jak najbardziej profesjonalnie. Na razie stoi w piżamie nad stawem i gada do ryb.

Z rybami to jakaś paranoja się zrobiła. Nie tylko Rychu i Zdzichu czyli nasze wielkie dwa karpie w stawie zadomowiły się jak u siebie, kroczek karpia kupiony w sklepie wyrósł do rozmiarów prawie że konsumpcyjnych,  to nawet nasze dzikie rybki, złowione i przywiezione przez Puszkową stwierdziły, że tak! one zawsze już tu były, staw jest ich i jakby tak poszukały w pamięci genetycznej, to na pewno we wspomnieniach ich praprzodków widniałaby Puszkowa w pasiastej piżamie, stojąca na brzegu i gadająca ludzkim głosem. Przecież one doskonale rozumieją co Puszkowa do nich mówi. Bo przecież Puszkowa, za każdym razem, podchodząc do brzegu pyta, czy czasem czegoś by nie zjadły!!! I dlatego właśnie, nie chcąc Puszkowej robić przykrości, natychmiast podpływają do brzegu, kłębią się jak stado węgorzy i otwierają paszcze, wołając :

- Tak, tak. Poświęcimy się. Jesteśmy, co prawda, nażarte do granic możliwości, już nie możemy, robale nas brzydzą, karma dla ryb śmierdzi nam Chanel nr 5 a na widok komarów nas mdli i tylko dlatego wyskakujemy z wody, aby Ciebie, Puszkowa nasza ukochana, nie pogryzły. Nie, nie jesteśmy głodne, w końcu tak dbasz o nas, Puszkowa nasza umiłowana, ale poświęcimy się i jeśli to poprawi Twoje przemęczone samopoczucie i znikną Tobie wszystkie zmarszczki, możemy coś tam zjeść! I to migiem.

I ta durna Puszkowa lituje się nad bezczelną bandą i leci po kulki ryżowe, bo te rybki takie głodne są i w ogóle tak nędznie wyglądają. Co prawda, szersze są niż dłuższe, ale to może gatunek taki. Zmarszczki od tego jej nie znikają, ale widać, że samopoczucie jej się poprawia.

Właściwie to też raz tak spróbowałem. I to było pierwszy raz, jak Puszkowa powiedziała, że jestem prosię nienażarte i wypad! Pierwszy lecz nie ostatni. I gdzie tu sprawiedliwość? Na szczęście to nie koniec. Puszkowa wyjeżdża, a leszcz za bardzo lubi podpływać do brzegu. Nie umiem, co prawda, wołać ludzkim głosem : ryyyyyyby, do mnie!  ale kto wie? Może na miauczenie też się nabierze. Ości ma co prawda dużo, ale to nic. Też się poświęcę :)

Uwaga! Puszkowa wraca. Teraz już pewnie weźmie się za pakowanie. Nie mówcie, że coś pisałem. Na razie! Idę ćwiczyć do stodoły głos Puszkowej.

Wasz Futrzaty!

 

Wakacje, wakacje… a Puszkowa wściekła!

Puszkowa stała przed lustrem. Mina nie wróżyła nic dobrego.

- Nie odzywać się do mnie! Wszyscy!- rzuciła niegramatycznie w powietrze.- Ty też!

To akurat było do mnie. To ” wszyscy” chyba też, bo i tak nikogo oprócz mnie i Puszkowej nie było. Wzruszyłem ramionami, ułożyłem się wygodnie na sławnej już desce do prasowania i udawałem, że śpię. I tak się do niej nie odzywałem od wczoraj po wieczornej akcji ” Kaczka”. Bo najpierw kaczkę pogoniła a potem miała do mnie pretensje, że mogłem jej powiedzieć, że kaczka to tak ogólnie stworzenie pożyteczne, coś tam zżera zielonego ze stawu, czego w stawie być nie powinno, jest przesłodkim zwierzątkiem i nic tylko przytulać. Koleżanka Mucha ją uświadomiła a ja nie! Tak jakbym był wysokiej klasy specjalistą od kaczek. No i teraz pretensje! Do kogo? Do mnie! Bo wszyscy zwiali a tylko ja dałem się wrobić w Zenka… Bo Puszkowa nazwała zaocznie kaczkę dźwięcznym imieniem Zenek, stwierdziła, że na nią, tego Zenka poczeka i niech tylko ktoś odważy się Zenka pogonić to już ona się z nim policzy. Goniącym nie Zenkiem. Szkoda, że wczoraj siebie nie widziała! Takiego anty-kaczego sprintu dawno nie wykonała :)

Ale teraz nie o Zenka chodziło. Chodziło o nią. Puszkową. Bo odbicie w lustrze wyraźnie jej się nie podobało. Odbicie miało, co prawda, taki sam skwaszony wyraz twarzy jak oryginał i sympatii w oczach żadnej, ale żeby mieć do odbicia pretensje?

- Jak ja wyglądam?!!! – padło pytanie retoryczne.

Teraz już naprawdę starałem się udawać, że mnie nie ma, żeby Puszkowa czasem nie zażądała ode mnie odpowiedzi. Bo Puszkowa wygląda jak… Puszkowa. A teraz jak wściekła Puszkowa. Bo jedzie niedługo z Młodzieżą na  wakacje!!!!! I nie ma w co się ubrać !!!!!

Wakacje to jest takie coś o czym Puszkowa myśli i załatwia już w grudniu. Pisałem zresztą o tym. Przegląda, wyszukuje, rezerwuje, tak aby po załatwieniu wpisać w kalendarz i zapomnieć aż do chwili pakowania. I właśnie dzisiaj Puszkowa postanowiła, że już czas do tych wakacji się przygotować. Otworzyła szafy, powywalała wszystko co jej się z latem i wakacjami skojarzyło i … zaczęło się. Z każdą przymiarką nastrój Puszkowej stawał się coraz gorszy a motyw przewodni nastroju oddawało zdanie znalezione gdzieś w internecie : „Założyłabym letnie spodnie ale tyłek jeszcze zimowy”. Część ciuchów była za duża bo Puszkowa odchudzała się, część za mała, bo jeszcze za mało się odchudziła, część za szeroka a część za obcisła. Z kolorami ciuchów było jeszcze gorzej:

Czerwone : ” Jak ja wyglądam! Jak wóz strażacki! I prawie taka wielka jestem!”,

Czarne :  ” No nie! Jakie straszne cienie mi pod oczami wyszły! Na pewno jestem chora!!!”

Białe:  ” Nienawidzę białego! Poszerza!!! Wyglądam jak orka!!!”

Zielone : ” A ja co? Żaba? Gdzie ja miałam oczy gdy kupowałam tę debilną bluzkę?!!! ”

Niebieskie : ” Jak w szkole! Nienawidzę szkoły!!! Wszystkiego nienawidzę !!!”

Szare : ” Mam osiem szarych bluzek! Dlaczego w każdej wyglądam tak okropnie?!!! Ratunku!!!!!!!!”

Po przerobieniu wszystkich kolorów, Puszkowa wzięła się za wzory. Oczywiście wszystko ją pogrubiało, poszerzało, skracało, zwiększało lub pomniejszało. Jak pasowała góra, to nie pasował dół i na odwrót. Sterta ciuchów na podłodze rosła, szafa pustoszała a Puszkowa popadała w coraz gorszy nastrój. I tak popadła, że teraz stoi przed lustrem, ma pretensje do mnie, swojego odbicia i całego świata. A przecież wystarczy trochę poczekać. Już w przyszłym miesiącu kończy się  lato i Puszkowa znów będzie mogła wskoczyć w swoją ukochaną kurtkę, która nie jest  głupio kolorowa, pasuje jej do wszystkiego i Puszkowej nie poszerza. Nic a nic ;)

I tym, odrobinę krytycznym, akcentem żegnam do jutra! Muszę się gdzieś schować :)       A Puszkowa niech dalej stoi i się wścieka zamiast cieszyć się wakacjami! Na pewno od tego nie schudnie. I nie trzeba było czepiać się mnie o Zenka .

Wasz, zawsze elegancko i pięknie ubrany,  Futrzaty.

Kaczuszka czyli Puszkowa zmienną jest…

kaczka

Puszkowa odpoczywała.

Siedziała zwinięta w kulkę… no, nie przesadzajmy, w kulę całkiem sporych rozmiarów i czytała. Zbliżał się wieczór.  Psy spały, zmęczone czekaniem na kolację,  koty tzw. podwórzowe poszły łapać wieczorne ćmy, tak dla zabawy, bo nażarte były, a ja, w ramach nadzoru nad tym całym towarzystwem wygodnie usadowiłem się na desce do prasowania. Cichutko, spokojnie i tylko wodospadzik pluskał sobie radośnie. Letni, miły wieczór. I byłoby miło i spokojnie nadal, gdyby nie Puszkowa, która naraz z niedowierzaniem popatrzyła za okno. Raz, drugi, piąty.

- Hej, Futrzaty, widzisz to co ja?- radość i zdziwienie ogromne w głosie Puszkowej zmusiło mnie do otwarcia moich pięknych oczu.

Na brzegu stawu stało coś. Coś było szare, z paskami tu i ówdzie, dużo większe od gołębi, które tak namiętnie z naszego nieba przeganiamy, miało głupią minę i jeszcze głupszy kuper. Coś głupio stało na brzegu NASZEGO stawu  i równie głupio gapiło się w wodę.

- Kaczuszka!!! – ucieszyła się Puszkowa – Prawdziwa kaczka. Gdzie mój telefon????!!!! Przecież trzeba jej zrobić zdjęcie!!!!! Nikt nie uwierzy, że mamy kaczkę.Prawdziwą.Taką, taką…kaczą.

I Puszkowa zaczęła się miotać w poszukiwaniu czegokolwiek do robienia zdjęć. A kaczka nadal stała na brzegu. Stała jakby czekała, aż Puszkowa się wreszcie zorganizuje, zdjęcia porobi i da nam święty spokój. Cierpliwa była.

Puszkowa wreszcie dorwała coś do zdjęć i zaczęło się. Kaczka z daleka, z bliska, z boku, z tłem, bez tła. Nieważne, że ledwo widać, niebo szare, zmierzch szary, kaczka szara a ujęcia ze środka pokoju. Etap sesji zdjęciowej na świeżym powietrzu jeszcze nie nastąpił tak więc kaczka wciąż nie wiedziała, że gwiazdą wieczoru się stała a paparazzo w postaci rozgorączkowanej Puszkowej coraz śmielej zbliżał się do niej. Stała sobie na brzegu, stała, kuprem pokręciła, coś tam przekalkulowała, zrobiła kilka kroków i … popłynęła.

Puszkowa prawie oddech straciła z wrażenia: W JEJ STAWIE PŁYWAŁA PRAWDZIWA KACZKA. Nie plastikowa, nie hodowlana. Prawdziwa, dzika kaczka uznała jej staw, jej oczko w głowie, dzieło prawie że życia,  za prawdziwy…Pływała w nim…Szczęście Puszkowej rozrastało się z każdą sekundą jak balon…

I jak balon pękło. Do Puszkowej dotarła prawda. Jak dotarła tak nią wstrząsnęła. Ze zdumieniem zobaczyłem, jak Puszkowa odkłada sprzęt paparazzich, wypada za drzwi i leci jak odrzutowiec w stronę ukochanej kaczuszki, wołając słodko:

- Ja ci dam ty jasna cho… robo zakaźna!!! Ryby mi chce wyżreć!!!!! Poszła. Ale już!!!!!!!!

Poszła. A nawet poleciała. Mało skrzydeł nie pogubiła. A Puszkowa, policzywszy ryby, wróciła do domu.

- Widziałeś? No!!!!- i spokojnie czytała dalej.

I jak nie wierzyć mędrcom, którzy mówią, ze kobieta zmienną jest ?

Muszę się nad tym zastanowić. A jak Puszkowa zmieni zdanie na mój temat? Gdzie ja znajdę taką drugą deskę do prasowania ?

Wasz zatrwożony Futrzaty.

 

 

Mamy wreszcie ten staw!

IMG_7855  Nawet nie wiedziałem, że już tyle czasu minęło od ostatniego wpisu. Mamy już lato, wiosna minęła a dni od tygodnia coraz krótsze…

No dobra! Marudzę. Wiem. Ale jakoś muszę wytłumaczyć siebie i Puszkową z naszego lenistwa blogowego. Puszkowa podpowiada, że lenistwo było moje bo ona ostatnie kilka tygodni naprawdę ciężko pracowała. Prawda! Bo Puszkowa staw skończyła.

Ostatnio pisałem chyba o tym jak panowie wykopali, wyłożyli folią i wąż z wodą uruchomili. Woda lała się tydzień. A Puszkowa folię poprawiała, naciągała, ziemię podkopywała, żeby tak „trochę” powiększyć, na zasadzie : co będę folię marnować.  No i nie zmarnowała. Mamy staw. Taki z trzcinami, pałkami wodnymi, kaczeńcami, liliami już kwitnącymi i innymi cudami. Jest nawet piaszczysty kawałek plaży! Taki na dwa leżaki. Brzeg Puszkowa obsadziła miętą wodną, wyszarpywaną i wyskubywaną znad każdej mniejszej i większej kałuży. Miętę obsadziła wokół lawendą i melisą. W słoneczne dni pachnie tak, że w nosie kręci. Nam też Puszkowa z racji swego gapiostwa frajdę wielką zrobiła: posadziła kocimiętkę! A nie wiedziała, że to kocimiętka. Ładne było, kwitło i pachniało no to posadziła. I tak mamy swoje ulubione miejsce na plaży.

Brzeg stawu Puszkowa obłożyła wielkimi głazami różnymi, kamieniami i obsypała kamykami. Wszystko Puszkowa woziła taczką: 3 tony głazów, 3 tony kamyków. Po trochę bo ”formowanie brzegu to praca artystyczna a przywieźć i zwalić to byle głupi potrafi”- to słowa Puszkowej. Klęła, woziła, klęła, układała, woziła i tak w kółko. Ale wyszło świetnie! Antek trochę niezadowolony bo ani pogrzebać w piachu, ani zakopać niczego nie można. Nie ma to jak czysty piaseczek :) Ale ja jestem kotem kulturalnym i nawet przez moment nie pomyślałbym o tym aby brzeg stawu zamienić w kuwetę. Przecież są skrzynie z kwiatami…

Mamy również kaskadę. Niedużą ale za to z kilkoma spadającymi wodospadzikami. Puszkowa tak jakoś pokombinowała, że wygląda jak  wodospad górski w miniaturze. Nawet dźwięk jest podobny. Pluska sobie, napowietrza wodę i jest cudnie. Mamy również ryby! O Zdzichu i Rychu pisałem? A, pisałem! To te dwa wielkie karpie złowione przez Puszkową na ostatniej rybnej wyprawie. Podróż szczęśliwie przeżyły, przeżyły również  wpuszczenie do zimnej, lejącej się jeszcze z kranu wody i pływają! Wieczorem nawet wyskakują z wody łapiąc komary- prawie jak orki, po prostu :). Towarzystwo mają, bo wszystkie kolorowe karasie przeżyły przeprowadzkę, Puszkowa dokupiła nawet kilka zwykłych, malutkich karpików i tak sobie razem pływają. A, i mamy dwa jesiotry. Malutkie są i wyglądają jak dinozaury. Tak przynajmniej wyglądały kiedy je widzieliśmy przy wpuszczaniu do wody, bo od tego czasu tak się zaryły gdzieś na dnie, że nikt ich nie widuje.

I tak powstał staw. Przy straszliwym uporze i pracy Puszkowej, pełnej aprobacie i wsparciu Puszkowego, chęci do życia ryb, miliona ważek, które od razu stwierdziły, że o to im chodziło. Nawet żaba Krysia się odnalazła! Pojawiły się również czaple i kaczki, co Puszkową mało do zawału nie doprowadziło, bo ryby to ona ma policzone!

I tak właśnie spędziliśmy ostatnie kilka tygodni… I o czym tu było pisać? Od teraz wracamy do normalnego życia. Chyba, że Puszkowa postanowi zbudować skocznię narciarską, Z nią nigdy nic nie wiadomo a zima tuż, tuż…

Pozdrawiamy! Futrzaty i Puszkowa

Nadchodzi godzina ZERO a Puszkowa już się denerwuje…

O rany, ale mamy problem z Puszkową! Takich nerwów u niej dawno nie widziałem. I nie słyszałem, niestety. Bo Puszkowa denerwuje się straszliwie : jutro rozpoczynamy sezon stawowy. Nadchodzi godzina ZERO.

O kopaniu stawu wspominałem? No, pewnie, że wspominałem. W końcu to temat numer JEDEN,DWA,TRZY do nieskończoności. Tylko staw, ryby, staw, kaczeńce, staw, makaron…a nie, makaron nie. Makaron jest dla psów. Bo Puszkowa już jeść też przestała. Tylko kawa i kawa. Dobrze, że o puszkach pamięta, chociaż dwa dni bez puszek też byliśmy. MY! Koty. Powiedziała, że sucha karma nam wystarczy… To tak na marginesie. Musiałem zakablować. Kumple prosili.

Ale wracając do stawu: jutro wybieramy ostatnią ziemię i zaczynamy kłaść folię. Pod folię maja pójść wszystkie przydasie w postaci starych wykładzin, nie uszytych spódnic, pościel urody wątpliwej i tym podobne kwiatki. Potem geowłóknina, na to folia a na to : WODA. Tak! Jutro zaczynamy lać wodę ! I będziemy mieć jezioro z rybami, kaczkami, żabami, przystanią jachtową i suchym dokiem. Tak przynajmniej wynika z pełnych zachwytu opowiadań Puszkowej, wiszącej na telefonie z firmami stawowymi różnymi. Puszkowa gadane ma, zadzwonić i wydębić wszelką wiedzę dla niej od innych nie problem a firmowi-stawowi-różni z chęcią wielką z następnym maniakiem wodnym pogadać pragną. Najbardziej pewnie ci od suchego doku…

Wracając do wody jutrzejszej: trzymajcie kciuki. Akcja zaczyna się rano- znając Puszkową pewnie już o piątej po trzeciej kawie będzie. Trzeba: dokopać, przekopać, wypompować wodę, w międzyczasie wyłowić ryby, przenieść ryby w miejsce z napowietrzoną wodą, wybrać starą folię, wybełtać starą wodę, wylać to co się wylało nieproszone, wygrabić, wyczyścić, wyrównać i zacząć kłaść przydasie. A na końcu woda.

Nie wiem, dlaczego  Puszkowa tak się denerwuje. Właśnie bardzo dokładnie zrobiłem jej PLAN DNIA i ten…no.. buisness plan … czy jakoś tam. Czyli jak chłopaki mają kopać, żeby było dobrze. I po co się denerwować, skoro ja, Futrzaty, nad tym czuwam od początku ?

Ale z wiarą w swój staw Puszkowa już przesadziła!

Zapisała się na kurs nurkowania.

Zdegustowany : Wasz Futrzaty.

A, jeszcze jedno! Dla tych wszystkich wielbicielek i wielbicieli, oprócz gorących pozdrowień, mam informację. Jak Puszkowa mi pokaże, jak to się robi, założę sobie konto na „fejsie”bo Puszkowa mówi, że mam się od niej odpimpać i te wszystkie wyrazy uwielbienia przez gardło jej nie chcą przejść jak mi czyta. I mam sobie jakiś   ” fanpejcz” założyć. Co to jest ” fanpejcz” ?

 

Puszkowa robi staw….

Dzień dobry! To ja. Futrzaty. W odpowiedzi na liczne zapytania i takie tam…:

Czy ja już wspominałem, że wiosnę mamy? Prawdziwą z motylami do gonienia i nietoperzami do upolowania? Mówiłem? I co? Nie wiedzą, że zajęty jestem i pisać nie mam kiedy? To już wiedzą! Kiedy mam pisać? Dzień i noc mam zajęte: spanie, jedzenie, spanie, jedzenie, spanie, 4 rano budzenie Puszkowej bo na świeże powietrze mi się chce, gonienie wszystkiego co się rusza, brudzenie łapami szyb, żeby ta durna Puszkowa wpuściła, jedzenie, jedzenie, jedzenie, spaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaanie, na dwór: motylki i inne, kolacja, spanie, jedzenie…. i tak w kółko. Ciężkie jest życie kota!

No to czego się drą????? Przecież piszę właśnie, rezygnując ze spania. Odrobię później. O Puszkowej muszę napisać bo sił już na nią nie mamy.

W ubiegłym roku Puszkowej wody się zachciało. Takiej płynącej, szemrzącej i z rybkami. A wiecie jak Puszkowa jest uparta! Wkopała 20 litrowe wiadro, fontannę wstawiła, wody nalała, rybkę sztuk jedna wpuściła, nawet lilię w doniczce posadziła i zachwytem patrzyła na to swoje dzieło. Patrzyła, patrzyła i się napatrzyła. I stwierdziła, że to nie jest oczko tylko nie wiadomo co i ona teraz to powiększy. A ładne było! Lilia już nawet zakwitnąć zdążyła a już miejsce zamieszkania zaczęła zmieniać. Bo Puszkowa działać zaczęła!

Panów z łopatami ściągnęła, piaskiem zaznaczyła projekt i zaczęło się! Góry ziemi, piachu, gliny. Materiały po-budowlane starannie przez poprzednich budowlańców w ziemię wkopane (a cwaniaki!- mieli wywieźć…) wreszcie na śmietnik trafiły. Dwa dni i było oko wodne. Całkiem, całkiem im to wyszło. Puszkowa wody nalała, ryb napuściła, o żabach już pisałem przy innej okazji   ( http://puszkowewidzimisie.blog.pl/2014/03/06/krolewna-puszkowna-i-zaby/) i aż do zimy udało się nic nie zmieniać. Ładne to było.

Pamiętacie jak Młodzież wczesną wiosną z siekierą zaszalała? Oj, zaszalała. Przy okazji cięcia w drobny mak lodu pocięła w drobny mak folię. I jak tylko lód odpuścił, zaczęła nam uciekać w oczku woda. Póki śmieci i reszta lodu na brzegu tkwiła, cięć nie było widać i uciekająca woda tajemnicą na miarę Trójkąta Bermudzkiego była. Jak Puszkowa wszystko wyczyściła, rozpacz wielka ją ogarnęła. Ryby przetrwały zimę bez żadnego uszczerbku, nawet tak jakby trochę więcej ich było, ale folia padła! Na tzw.” ament” !

Puszkowa porozpaczała, porozpaczała aż ją olśniło! Przecież teraz będzie okazja aby powtórzyć akcję ” Akwarium” czyli mało wody, dużo rybek, więcej wody, więcej rybek, jeszcze więcej wody, więcej rybek bo smutne. Młodzież nawet uznała, że tak właściwie to Puszkowa wdzięczna jej, Młodzieży,  powinna być ogromnie, bo gdyby nie ona, Młodzież, Puszkowa nadal miałaby tylko 25 rybek i 7 lilii, a tak …

No i informuję, ze znów się zaczęło.

Puszkowa lata po urzędach załatwiać zgłoszenia, trawnika już nie mamy a wielki był, pan kopie, rybki w starym oczku jeszcze jakoś pływają a Puszkowa spędza pozostałą część dnia i noce przed komputerem, szukając np. ” Jak zrobić Ocean na 30 m2 trawnika”, ” DIY czyli Niagara w ogrodzie”, ” Czy wieloryby przeżyją zimę na 2 m głębokości…”.  I wychodzi jej, ze wszystko można jak się chce. Dzięki kolegom z forum wędkarskiego znalazła sklep z młodymi karpiami ( takim prawdziwymi, co szlamem śmierdzą), jesiotrami i amurami. Czyli w naszym stawku będzie WSZYSTKO!

Na razie jest wielka dziura i będę Was informował na bieżąco co u nas się dzieje!

I teraz już rozumiecie dlaczego nie piszę?

Pozdrawiam Was serdecznie, zapatrzony w zdjęcie wieloryba, Wasz Futrzaty!

PS. Lubię ryby. Jeść!

 

 

 

Królewna Puszkówna i Żaby

- Panie Stasiu, załatwi mi pan żaby ? – głos Puszkowej ociekał słodyczą i błaganiem.

Aż ze zdziwienia Lizusa przestałem gryźć co zresztą skrzętnie wykorzystał i zwiał. Przestał również warczeć, niestety. A mnie  właśnie to jego warczenie najbardziej się podobało i namiętnie go podgryzałem od kilku chwil . Lizus leniwy jest straszliwie, na ogół łagodny niesłychanie, wszystko mu pasuje a tu naraz wylazł z niego bardzo groźny kot. Tygrys prawie. Wkuł się, że przydusiłem go łapą i gryzę, za tłusty jest, żeby się chyłkiem wydostać więc warczał.   Ale te żaby tak mnie z równowagi wytrąciły, że Lizus dał nogę i tyle go widziałem.

Z reguły nie podsłuchuję telefonicznych rozmów Puszkowej. Jeśli o mnie nie mówi to niech sobie mówi co chce, byleby cicho. Ale tu temat mnie zainteresował. ŻABY? Tych jeszcze u nas nie było. A, i pewnie dlatego właśnie Puszkowa zadzwoniła do nieznanego mi osobiście Stanisława jakiegoś. Pewnie łowca żab czy coś. Hm, kangura też nie mamy – to tak na marginesie… Też można byłoby gdzieś zadzwonić.

- To co? Kiedy mogę po nie przyjechać? – Puszkowej humor poprawił się zdecydowanie. Słuchałem z coraz większym zdziwieniem. Co Puszkowa z tymi żabami ma? Od Młodzieży  się zaraziła, czy co? Bo nasza Młodzież żaby kocha. Pomysł miała nawet, żeby ryby wszystkie wywalić z akwarium i w to miejsce żaby wpakować, ale słyszałem odpowiedź Puszkowej i wiem na pewno że ryby w akwarium nadal będą. A już się nawet ucieszyłem. Nie wiem co z rybami  Młodzież chciała zrobić, ale ja już bym wiedział,oj tak ! Nawet z chłopakami gadałem, którą który by zaadoptował.  Antek, oczywiście, jak zawsze szczerze wypalił, żeby mu tylko glonojada nie przydzielać bo kościsty jest za bardzo i potem długo ości z zębów by wyciągał, ale grzecznie mu wytłumaczyłem, że glonojada psom podrzucimy. Udławić się nie udławią ale śmiechu będzie co niemiara jak który w paszczę go weźmie. Bo glonojady wredne są, strasznie się rzucają  i są dużo silniejsze niż wyglądają. A nasze glonojady wielkie są.  Niestety, po odpowiedzi Puszkowej wizja glonojada w psiej paszczy rozpłynęła się jak bańka mydlana i znów wróciłem do rzeczywistości… Będą żaby!

Puszkowa umówiła się na telefon z nieznanym mi Stanisławem  i kopać poleciała. Ja za nią bo telefon zabrała a żabiego ciągu dalszego ciekaw byłem coraz bardziej i miałem nadzieję, że tajemniczy Stanisław oddzwoni szybko. I dobrze zrobiłem. Oddzwonił. Puszkowa kopanie rzuciła ( dosłownie, mało w łeb łopatą nie dostałem!), do domu wpadła, na człowieka się zrobiła i wyprysła. Po żaby pojechała!!!!

Wróciła po godzinie. Jakieś pudełko chlupiące z samochodu wyciągnęła, delikatnie do domu zaniosła i rozpakowała. My oczywiście za nią. Tak się spieszyła po te żaby, że z tego biegu  przed wyjazdem nawet do domu nas nie wpuściła i musieliśmy jak te sierotki bez mamy i taty pod drzwiami czekać, aż królewna raczy wrócić. Raczyła, wpuściła nas i podziwiać kazała.

W pudełku foliowy worek był. Całkiem duży. W worku była brudna i mało ciekawa woda. A w tej wodzie siedziały żaby. Trzy sztuki. Siedziały, gapiły się wokół jak kretynki i nie przejawiały żadnej inicjatywy, żeby z tej wody wyjść. Puszkowa worek otworzyła, żeby jej ślicznotki nie podusiły się i z zachwytem na nie patrzyła. Jednostronnie z zachwytem, bo żaby nadal wyglądały jakby ostatnie trzy  komórki ich rozumu właśnie w tej brudnej wodzie przed chwilą  się rozpuściły. Siedziały i gapiły się bezmyślnie. Po prostu tylko były. A nam też mowę odjęło. Czułem, że muszę coś powiedzieć aby wiarę w zdrowy rozsądek odzyskać, ale na szczęście Puszkowa pierwsza przerwała panującą i mrugającą wyłupiastymi oczami ciszę.

- Śliczne, prawda? – pytanie mocno retoryczne było  - Pan Stasiu mi załatwił. Specjalnie do takiego jednego znajomego pojechał, żeby mi te żaby załatwić.

Zatkało mnie z lekka. Z przemowy Puszkowej wynikało, że nieznany nam znajomy nieznanego nam Stanisława jakąś tajną hodowlę żab miał. Wizja łąki po horyzont wypełnionej żabami, łażącymi, skaczącymi i rechoczącymi mowę mi odjęła. Hodowla oczywiście tajna była, skoro wiadomości o niej tylko dobrym znajomym przekazywano. W każdym razie trzy sztuki z tej tajnej hodowli miliarda żab siedziały właśnie przed nami, nadal wyglądając głupio i nie rechocząc wcale.

- ….. i właśnie od dzisiaj u nas w stawie będą mieszkać. Fajnie, nie? – Puszkowej dobry humor nie opuszczał, mimo naszych zbaraniałych min. Spojrzałem na Antka i Lizusa, mając nadzieję, że może oni coś z tego rozumieją. Ale nie. Oczy mieli jak talerze, na żaby w milczeniu patrzyli z miną w stylu:  PRZECIEŻ NIE PIŁEM!!! POWIEDZ, ŻE TEŻ TO WIDZISZ…..

A potem sobie przypomniałem. Przecież Puszkowa o żabach truła już od chwili, kiedy swój ciągle powiększający się staw zrobiła. Karasie czerwone i złote do wody wpuściła, lilie kwitnące  w koszykach nasadziła, ważki chyba jakimiś czarami ściągnęła, żeby jej wdzięcznie nad wodą się mieniły .Nawet bałem się, że gdzieś je  łapać będzie  i klejem lub sznurkiem do trzcin przymocuje ale nie. Ważki wodę poczuły i same się zjawiły. I tylko żab Puszkowej brakowało. Tak aby Puszkowa, rankiem, w jedwabnym peniuarze, stopą bosą nad stawem stojąc, delikatnego kumkania słuchała.  W promieniach słońca wschodzącego…

Mam nadzieję, że Puszkowa dużo za te żaby nie zapłaciła. Bo jak tylko wyniosła  je nad staw, żeby upragniony landszafcik  uzupełnić, żaby natychmiast zwiały. Puszkowa najpierw je z trawy wyłapywała i z powrotem na brzeg stawu odnosiła, przekonując , że nigdzie lepiej mieć nie będą jak z mamusią, ale po którejś probie odpuściła. Pewnie po puszkowemu nie rozumiały…

Ale i tak Puszkowa zadowolona jest. Bo teraz, gdzieś, w jakimś  rowie, JEJ żaby siedzą, radośnie kumkają i mile ją, Puszkową wspominają. Bo przecież życie im uratowała na wolność wypuszczając.

No to gdzie ten telefon do łowców kangurów?  Może też chciałyby na wolność ?

Wasz, załamany Puszkową, Futrzaty.