Kury są głupie a nasze psy jeszcze bardziej czyli Puszkowa i nieloty..

- I znów ta pioruńska kura łazi! – westchnęła Puszkowa, patrząc na pierzasty full-wypas w czarnym kolorze, grzebiący w świeżo rozsypanej wśród kwiatów korze. Tak naprawdę to chyba powiedziała jakoś inaczej niż „pioruńska” ale westchnienie było szczere i głębokie.

Spaliśmy sobie właśnie z Antkiem i Lizusem, ale hasło ” kura” natychmiast nas z tego rozkosznego stanu wyrwało.  Bo ta kura  nie nasza jest! Obca!!! Cudza całkowicie. Ale bezczelna niesłychanie bo nie tylko przez płot jakimś cudem przełazi ale panoszy się u nas straszliwie. Co Puszkowa skopie i pograbi- kura już jest. Włazi, pogrzebie, wydzióbie co posiane przed chwilą i idzie grzebać dalej. Kura- demolka. Puszkowa już prosiła sąsiadów, żeby coś z tym czarnym potworem zrobili, bo ona, Puszkowa, aż boi się ruszyć w „sianie” w obawie, że narobi się a kura i tak zeżre ale poza propozycją obiadu z kurą w roli głównej, nic więcej nie usłyszała. A Puszkowa bezmięsna jest więc kura uszła z życiem. Uszła i dalej robiła swoje i to w świeżych grządkach Puszkowej. A przecież mamy PSY !!!

Psy są od tego, żeby chronić Puszkową. Puszkowa wmówiła im to na tyle skutecznie, że za drzwi wyjść na pół metra nie może, żeby te dwa wielkie niedźwiedzie natychmiast po obu jej stronach nie stanęły. Każdy z nich waży przecież…oj, waży! Jak tak idą w trójkę, to Puszkowa, co niewiarygodne, jest z nich najchudsza. Znaczy, najmniej gruba. Puszkowa nabija się z kundli, że to jej straż przyboczna, ale widać, że miło jej, że tak za nią łażą. Przez pierwszą godzinę… Ale mniejsza z tym. Psy są również od tego, żeby utrzymywać porządek i przeganiać niechcianych gości. Sroki na przykład. Albo wróble. Ze słowikiem to przesadziły jednak.

Mamy słowika. A właściwie mieliśmy. Jak tylko drzewa, posadzone przez Puszkową, urosły na kilka porządnych metrów, zjawił się. Marzenie Puszkowej. Śpiewał a właściwie wydzierał się nocami, gniazdo jakieś nawet wić zaczął a Puszkowa zachwycała się. Że taki malutki, pierzasty ( na oczy go nie widziała!), że tak pięknie śpiewa i żeby tylko nam nie odleciał. Planowała nawet, że go za nogę do drzewa przywiąże ale odlecieć nie chciał. Darł się jeden miesiąc, drugi, trzeci. Reszta słowików już dawno przestała, rodziny pozakładała a ten swoje. Puszkowej nawet żal się go zrobiło, bo szpetny widocznie musiał być i żadna go nie chciała, ale w końcu przymknął się i był spokój. A następnej wiosny wszystko od nowa. Drze się, drze i tu psy już nie wytrzymały. Muzykalne są, więc widocznie, słowik nie tylko paskudny z gęby był ale i fałszować musiał. I zaczęło się. Co słowik wieczorową porą dziób wydarł, oba kundle drzewo osaczały i tak szczekały, że słowik w końcu wyprowadził się. I już nie wrócił. No i nie mamy słowika…

Ale ciągle mamy kurę. Czarną i nie swoją. I jedyna nadzieja w psach. I co? I nic.

Widzieliśmy z Puszkową na własne oczy jak psy pilnują. Traweczka zielona, słoneczko świeci, ptaszki na drzewach ćwierkają ( wysoko na drzewach bo o historii ze słowikiem całe ptactwo wiosenne już wie), na traweczce leżą dwa futrzane potwory, po kilkadziesiąt kilogramów każdy i patrzą sobie z zaciekawieniem i oceanem sympatii na czarne, gdaczące, pierzaste paskudztwo, które tu pogrzebie, tu coś dzióbnie, to z psiej miski makaronik wczorajszy podje, to rybom wodę wypije ( a może robaki wyżre). A pieski co? Nic. Jakby jakaś kurza miss zaszczyciła ich swoją obecnością. Dobrze, że Puszkowej kawy nie każą podać. Z mlekiem i świeżym pączkiem.

Spojrzałem na Puszkową. Puszkowa stała i patrzyła na kurę z dziwnym wyrazem twarzy. Tak jakby widziała ją jednak na talerzu. Nóżki, czosnkiem natarte, ślicznie w piekarniku zrumienione, wokół młode ziemniaczki w  tłuszczyku pachnącym, świeżym koperkiem posypane, marchewka młoda… Ach, cudny widok…

I dopiero teraz zrozumiałem całą perfidię psiego postępowania. Kury nie gonią bo ją tuczą !!! Żeby większa była. Cwaniaki!!! A ja myślałem, że głupie są…

Wasz, bardzo zaskoczony i zgłodniały, Futrzaty.