Puszkowa i wielki świat czyli jak dolecieć do stolicy…

Dzień dobry w ten lutowy poranek :D
Wiosna już niedługo, Puszkowa jakby mniej marudzi to i zaległości można odrobić. A jest co!

Zdolność Puszkowej do przyciągania niezwykłych zdarzeń zadziwia czasem i mnie. W końcu żyję z nią na co dzień, jej gapkowatość znam, brak koordynacji ruchowej już mnie nie dziwi, ale wydarzenia które jej się przytrafiają wprowadzają mnie czasem w stan osłupienia. No bo jak można zgubić całe drugie piętro?

Zaczęło się od tego że Puszkowa postanowiła wraz z przyjaciółką skoczyć sobie do stolicy. A tak sobie! Wsiadam i jadę. Oblecę co trzeba, ponapawam się skoncentrowanymi spalinami, popiję herbatą z chlorem i w dalszą drogę. A co! Kto bogatemu zabroni!

Przyjaciółka, jako osoba podobnie zwariowana, pomysł poparła oczywiście całą sobą, tym bardziej że dalsza droga miała prowadzić w najukochańsze dla obu miejsce pod palmami, co było dodatkową zachętą do poświęceń. Aby jednak nie poświęcać się całkowicie, obie damy postanowiły POLECIEĆ :D Co tam PKP, co tam Intercity- oszczędzać trzeba więc tylko na samolot nas stać :D

Samoloty mamy blisko. Latają sobie w różne najfajniejsze miejsca do wypoczywania chociaż nie zawsze w takich terminach jakich by się chciało. Ale są i to za fajne pieniądze. Bilet do stolicy za całe 21 PLN w jedną stronę. Grzech nie skorzystać! Jak postanowiły tak zrobiły i ze śpiewem na ustach ruszyły na lotnisko.

O czterogodzinnym opóźnieniu samolotu nie ma nawet co wspominać. Leciał sobie z Liverpoolu, i leciał i leciał i leciał….. Nim doleciał, Puszkowa z przyjaciółką zdążyły wypić trzy kawy, zeżreć wszystkie kanapki, dopchać się słodyczami, obczaić każdy kąt lotniska i wszystkie wc, dwa razy zrezygnować i trzy razy podjąć decyzję na nowo. A w stolicy cały czas czekała na nich Mysza.

Mysza jest warszawską przyjaciółką obu pań. Widzieć co prawda w życiu jeszcze się nie widziały i czerwona, meksykańska torebka miała być elementem rozpoznawczym, ale przyjaźń internetowa kwitła od dłuższego czasu. I właśnie Mysza postanowiła obie gapy z prowincji odebrać na lotnisku w stolicy aby pod tramwaj nie wpadły a taksówkarz nie wywiózł je na Mazury, wmawiając po drodze że stolica bardzo ostatnio się rozrosła. Odbiór miał skończyć się fajną kawę w fajnym miejscu i w ogóle…

Ale samolot wciąż leciał i dolecieć nie mógł.

I tak sobie kwitły: Puszkowa z Przyjaciółką na jednym lotnisku, Mysza na drugim. Samolotu nie było… Innych tez zresztą nie było. Mgła w różnych miejscach wokół sparaliżowała wszystkie trasy dolotowe i wylotowe i bałagan zrobił się niesamowity. Ludzi czekających było coraz więcej, jedzenia coraz mniej, pani sprzedająca kawę doliczyła się utargu z całego miesiąca w jeden wieczór i postanowiła z taką kasą rzucić pracę już na zawsze, tablica informacyjna informowała z opóźnieniem o opóźnieniach a samolot z Liverpoolu wciąż leciał…
Ale nadeszła chwila że doleciał :D

Generalnie i tak dziewczyny miały szczęście. Gdyby wybrały patriotycznie inną, swojską linię lotniczą, nigdzie by nie poleciały gdyż samolot ze stolicy przyleciał, pokrążył i odleciał bez lądowania. Pilot podobno nie miał uprawnień do lądowania we mgle. Mgła owszem była ale nie tak straszna ale widocznie szkolenia lotnicze i nabywanie uprawnień rozróżniają różne stopnie mgły i każdą trzeba przećwiczyć. Pilot linii patriotycznej uczyć się nie chciał i tak wszyscy w samolocie nadlecieli i odlecieli…
Pilot samolotu niepatriotycznego uprawnienia do lądowania jednak miał, wylądował, zabrał nażarte i opite gwiazdy czyli Puszkową i Przyjaciółkę i wyleciał do stolicy :D

I tak Puszkowa, Przyjaciółka i cierpliwie czekająca w chłodzie na lotnisku Mysza z meksykańską torebką wreszcie się spotkały… :D

Ale jak myślicie że to był koniec atrakcji na ten wieczór to się mylicie. Ciąg dalszy nastąpił…

Wasz Futrzaty :)