Jak mieć ogród i nie zwariować…

Wiecie że Puszkowa kocha ogród?

Wiecie bo trąbię o tym przy okazji i bez, a Puszkowa też sie z tym dumnie obnosi, czy kto słuchać chce czy nie chce. Na ogół chcą albo udają, bo ile można potakiwać przy opisie cudnej urody stada ryb czy echa ryczących jeleni. Te jelenie zresztą nie nasze są tylko takie państwowe bardziej, ale ryczą tak jakby kto im prywatnie płacił. Z lasu ryczą, zwłaszcza w listopadzie. Teraz tez ryczą… A nie! Puszkowa mówi że to krowy. Ciekawe skąd bo krów ci u nas niedostatek…

Puszkowa w ogóle ostatnio się taka bardziej ogarnięta zrobiła. Po serii wpadek z dechą, tężcem czyli jego brakiem i innymi przypadkami katastroficznymi, Puszkowa wściekła sie i postanowiła, że teraz już to ona zapanuje nad swoim życiem i nikt jej więcej gwoździa w bliznę wbijać nie będzie. Zacznie od ogrodu!

Tak. Jak powiedziała tak zrobiła. A właściwie zrobić próbowała.

Najpierw na złość urosło jej zielsko. W ogrodzie warzywnym urosło.
Bo ogród mamy podzielony na części: były trawnik czyli staw i trochę trawy, warzywniak i nie wiadomo co. Na terenie nie wiadomo czego stoi zresztą obecnie nasz foliak oszukańczo nazywany szklarnią ( to tak żeby innych ogrodników skręcało!) a wszystko otoczone jest szaleństwem Puszkowej czyli mnóstwem drzew sadzonych osobiście i własnoręcznie przez nią. Kiedy sadziła były malutkie. Teraz mają po 10 metrów i więcej i zaczynają trochę denerwować, zwłaszcza przy komunikatach meteorologicznych ostrzegających przed tornado czy innym trzęsieniem ziemi. Są po prostu za wielkie i za dużo ich. Puszkowa już zaczęła je skracać, motywując to potrzebą przygotowania stert drewna na zimę tysiąclecia a wiadomo! Po co kupować? Tylko ta zima tysiąclecia musiałaby baaaardzo długo trwać żeby się to wszystko wypaliło. Na razie pod piłę poszły brzozy i zostały z nich pieciometrowe sadzonki, ale przy takiej pogodzie wszystko za chwilę wróci do normy. Akacje jeszcze czekają w kolejce a po 12 metrów mają. Ale kwitną więc Puszkowa je skróci jak się ponapawa. Tak powiedziała…

Ale wracając do zielska. Co roku Puszkowa przysięga na swoją głowę a ostatnio nawet na moją – co już powinno być karalne!- że tym razem zdąży. Ze wszystkim . I z posianiem, z posadzeniem, o kopaniu nie wspomnę. Tylko że Puszkowa za dokładna jest. Jak już kopie to najpierw każdą trawkę wykopaną musi obejrzeć, dokonać podziału na kompost lub nie, każdego wykopanego robala z atlasem robali porównać czy aby jakiś wyjątkowy nie jest , każdego ślimaczka odnieść osobiście za płot, tuląc i śpiewając mu kołysankę tak aby mu smutno nie było gdy od liścia sałaty jest odrywany. Już jej nawet zaproponowałem żeby te ślimaki z masłem czosnkowym na cieście francuskim przyrządziła bo dorodne są nad wyraz i takie jakieś bezczelne ale tylko z wyrzutem w oczach na mnie popatrzyła …

A hołubione zielsko rośnie. Ślimactwo rozpanoszyło się okrutnie, zżerając co się da i widziałem dzisiaj że Puszkowa patrzy na warzywniak z poczuciem klęski i chęci samobiczowania. Do tego doszły szpaki… Jak na filmach Hitchcocka. Ale o tym już w przyszłym miesiącu :)

Na razie :) Wasz Futrzaty!

Tablica Mendelejewa czyli jak Puszkową podkusiło…

I mamy wiosnę. Taką pełną gębą, z wrzaskiem szpaków, ptakami o poranku i psinką od sąsiadów.

Tak a propos: jak można trzymać na łańcuchu młoda terierkę to ani w mojej futrzatej głowie ani w głowie Puszkowej to się nie mieści. Puszkowa głowę ma pojemną a jednak się nie da… Smutne.

Puszkowa to w ogóle ostatnio ma pecha. Nie dość że jej rudzielec Stitch został potrącony przez jakiegoś pędzącego kretyna, na którym ograniczenie prędkości nie robi żadnego wrażenia to jeszcze dopadła ja alergia majowo- czerwcowa. I teraz nawet nie wiadomo czy Puszkowa ryczy nad połamanym Stitchem czy to taka jej wiosenna uroda. Stitch, po dwutygodniowym pobycie w klinice jest już wreszcie w domu, śpi sobie w łazience i je za dwóch. Czy będzie normalnie chodzić- nie wiadomo. Na razie podczołguje się do Puszkowej i mruczy jak traktor ze szczęścia. Nareszcie jest ze swoją mamusią ukochaną… Mamusia, co prawda, goni mnie jak może, bo podobno wyżeram Stitchowi jakąś karmę specjalną ale czy ona nie rozumie że to w trosce o niego? A jak mu zaszkodzi? Jak truskawki Puszkowej?

Bo Puszkowa się skusiła. Na truskawki. Nie chciało jej się poczekać na swoje czyli nasze czyli moje tak naprawdę. Nie! Polazła na targ tak zwany i zaszalała. Całe pół kilo kupiła. Pięknych, wielkich jak kiwi i czerwonych. Nawet troszkę pachniały a sprzedawca przysięgał na głowę swej matki i szóstego pokolenia wstecz, że to jego z pola, osobiście ekologicznie uprawiane i wyjątkowe. Tak, wyjątkowe były…

Najpierw Puszkowa ze zdziwieniem stwierdziła że sobie chyba paszczę czymś poparzyła. Bolało ale Puszkowa, zwaliwszy na karb alergii, jakoś nie skojarzyła. Gardło zaczęło puchnąć wieczorem. Niby trochę bolało, niby nie… Ani chybi przeziębienie. I alergia na wszystko. Na drugi dzień Puszkowa już mówiła słabiutko, cichutko i niewiele. Gardło spuchło sobie tak do środka to i z Puszkowej głosik niemrawy się wydobywał. Nie żebyśmy jakoś żałowali tego. Milcząca Puszkowa też fajna jest tylko ta paszcza poparzona… Bolało.
I tak Puszkową trzyma już dzień trzeci. Poparzenie zamieniło się w czerwone, bolące plamy i skutecznie Puszkowa od przeżuwania czegokolwiek powstrzymuje, gardło pobolewa nadal i głosik nadal niemrawy pozostał. Nawet te jej pokrzykiwania na mnie odnośnie mojego rzekomego łakomstwa są takie łagodne z odrobiną czułości… Szkoda tylko że Puszkowa te cud-miód-truskawki wyrzuciła. Ciekawe czy świeciłyby w ciemności…

Na razie Puszkowa łupie wapno aż miło, specjalistyczne leki tez już doszły i na dokładkę, chcąc- nie chcąc Puszkowa przeciwko tężcowi musiała się zaszczepić. A właściwie przez pogotowie zmuszona została. Bo jak na kogoś spada deska z gwoździem i gwóźdź całe 4 centymetry wbija się w ramię, to musi być to ramię Puszkowej. Oj, ta Puszkowa…
Chyba muszę zacząć jej pilnować bo gapa jakich mało!

Na razie! Wasz czujny Futrzaty!