Puszkowa pogrypowa…

I tak minął ponad miesiąc i beze mnie i bez Puszkowej. Bo Puszkowa niby była ale jakoby jej nie było… czy jakoś tak poeta mówił.

Po próbie ratowania małży, która to próba zakończyła się wrzuceniem całego opakowania do zamrażarki na tzw. wieczne leżenie czyli do następnego sprzątania w lodówce, Puszkowa wyjechała na swój zasłużony urlop.

O tym, że wywaliła mnie na zewnątrz i zabroniła komukolwiek wchodzić do domu, żeby nawet przypadkiem mnie nie wpuścić, nie wspomnę. O tym że wypomniała mi jakiś wybudowany za ciężkie pieniądze apartamentowiec dla kotów, też nie wspomnę. Kto kazał płacić jej bilonem? Trzeba było papierkami… Nie czarujmy się: apartamentowiec to po prostu dwie skrzynie, wyłożone styropianem, niby z kołderkami w środku, ale moja kanapa na pewno tam się nie zmieści. No i jest w nim stanowczo za dużo kotów. A ja lubię być sam, bo jestem WYJĄTKOWY!!!

Wyjazd Puszkowej jakoś jednak przeżyłem. Jaka była zima, wiadomo :) Najlepiej, żeby zawsze taka już była. Puszkowa też zresztą za śniegiem, bałwankami i tymi tam…dzwoneczkami, nie przepada i z urlopu wróciła po kilku dniach, zadowolona że wróciła i już jest w domku. Podobno nawet raz na nartach zjechała ale stwierdziła, że ją to nudzi, trasa mająca nawet kilometr jest za krótka i ona, Puszkowa, raczej nie dożyje czasów, kiedy będzie u nas narciarsko normalnie, więc co się będzie męczyć. Wyspała się, pysznych gofrów się najadła, herbatę z pomarańczami, jak Kolumb Amerykę, odkryła i wróciła. Jeszcze 28 lutego o północy cieszyła się straszliwie bo marzec się właśnie zaczynał. I zaczął się…

Z następnego tygodnia życia Puszkowa nie pamięta nic. Punkt szósta rano w pierwszy dzień meteorologicznej wiosny, Puszkowa odkryła, że : ma dreszcze, prawie 40 stopni gorączki i boli ją wszystko. O panującej epidemii grypy Puszkowa oczywiście słyszała ale było to daleko i nieprawda. Ale dotarło i do niej…

Gorączka zaczęła spadać w drugim tygodniu ale nadal było bardzo źle. Puszkowa zamiast chodzić człapała, bo z bólu mięśni i osłabienia chodzić normalnie nie mogła, jeść nie mogła, tylko piła i spała. I rozczulała się nad sobą w chwilach nie-spania. Że to już koniec, stara jest, nigdy już do siebie nie dojdzie, a wiosna też nie przyjdzie już nigdy. Mówię wam: słuchać tego nie można było!!! I prawie uwierzyłbym w te jej jęki, ale zaczął się tydzień grypy trzeci. I Puszkowa zaczęła odżywać…

I tak, po trzech tygodniach, mamy Puszkową prawie normalną. Słońce ją cieszy, mimo tego wściekłego zaćmienia wczoraj. Ptaki ją cieszą, wszystko ją cieszy. Angielskie programy ogrodnicze ją cieszą i panuje taka jedna, wielka radość jak w komunie hippisowskiej.. Nareszcie!!!

No i odzyskałem kanapę :)

To tyle na dzisiaj z linii frontu grypowego.Podobno Puszkowa ma grypę raz na 15 lat, więc trochę czasu do następnej jest. A Puszkowa właśnie wpadła w trans ogrodniczy i buduje podwyższone grządki bo takie jej ukochany guru ogrodniczy Alan Titchmarsh pokazał osobiście i w telewizorze. I tylko jej… :)

Dzisiaj jest pierwszy dzień wiosny :) Tak więc kochani: wszystkiego najlepszego wiosennego!!! Buziaki futrzate :)