Małżom na ratunek…

Coś dziwnego dzieje się z Puszkową…

Niby wszystko normalnie, marudzi, narzeka, czepia się, kicha i kaszle po rybomaniakach ale dzisiaj to już nawet siebie przeszła. I nawet ona się zdziwiła gdy naszła ją chwila jasności umysłu i dotarł do niej moment refleksji nad samą sobą :)

Jak to w każdy czwartek, Puszkowa staropolskim zwyczajem, rzuciła się na tzw. okazje w sklepie swoim ulubionym. Kupowanie w nim sprawia Puszkowej przyjemność bo to i owocki są świeże, i warzywa różniaste ze wszystkich stron świata, a to jakieś wyroby mocno egzotyczne. Czasami i maszyna do szycia się znajdzie, o ciuchach sportowych nie wspominając… W każdym razie swój ulubiony sklep Puszkowa lubi bardzo i starannie sprawdza wszystkie możliwe promocje. Promocje odbywają się na ogół w czwartki i poniedziałki, o czym zresztą trąbią we wszystkich mediach dwaj znani kucharze. I tak odtrąbili tydzień azjatycki.

Tydzień azjatycki dla Puszkowej to to czym dla mnie kawał szyneczki :) Miodzio po prostu :) Pełnia szczęścia! Egzotyczna rozpusta gastronomiczna i kilka radosnych kilogramów więcej, pachnących olejem sezamowym i smażonymi warzywkami… Och, gdyby tam jeszcze troszkę więcej czegoś konkretnego było… Nawet ja byłbym zachwycony :)
Ale wiecie: najedzona Puszkowa to szczęśliwa Puszkowa i święty spokój na kilka godzin. Narzekania zaczynają się później…

Ale teraz, wciąż radosna Puszkowa, z gazetką promocyjną w rękach, wpadła do swego sklepu ulubionego prosto w promowane stoisko- wyjątkowo bogate zresztą tym razem. Nabywszy ” drogą zakupu” kilka brakujących składników do swych tajnych przepisów azjatyckich, postanowiła przejść się też po innych fragmentach sklepu. Funduszy przeznaczonych na zakupy już się, co prawda, starannie wyzbyła ale co tam… popatrzeć można.

I Puszkowa trafiła na MAŁŻE.

W gablocie chłodniczej leżały sterty ofoliowanych pudełek. W środku, upchnięte na wzór śledzi, leżały sobie pozamykane skorupy, dokładnie takie same jak te na które Puszkowa tzw. stopą bosą nadeptuje na brzegach jezior. Prawdziwe małże. Po kilogramie w pudełku. Zalane wodą.

Zaciekawiona Puszkowa nie byłaby sobą gdyby nie wsadziła łapy do gabloty i nie wywlekła pudełka. A na pudełku był sobie napis : ” Małże w skorupach. Żywe, świeże, schłodzone”.

Puszkowa popatrzyła, popatrzyła… i mało ją grom z jasnego nieba nie trafił. Rozumiecie : te małże były żywe!!!

Leżały sobie w gablocie, z dala od rodziny, mamy, taty, skały ulubionej i pewnie pogrążały się w smutku, samotności i rozpaczy, trzęsąc się z zimna, bo schłodzone na dodatek. Żywe, biedne, samotne, przez nikogo nie zauważane, jak te psiaki i kociaki ze schronisk, na punkcie których Puszkowa ma totalnego fioła i cały dom zamieniłaby najchętniej na przytułek dla futrzanych sierot. Całe szczęście, że ja tu jestem bo już dawno Puszkowa zamieszkałaby w garażu, moją kanapę oddając innym a tylko ja daję sobie radę z tym rozjuszonym, pchającym się do domu tałatajstwem. To tak na marginesie …

Puszkowej łzy stanęły w oczach. Tak prawie… I postanowiła je uratować.

Policzywszy resztę gotówki, stwierdziła ze smutkiem że uda jej się uratować tylko kilogram tych biednych, samotnych i schłodzonych zwierzątek, ale wiecie : zawsze to coś. Plan był bardzo perfidny :) . Ten sam zresztą który Puszkowa zastosowała grudniową porą :” kupić karpia- wypuścić karpia”. Przecież mamy staw!!!

Pani w kasie popatrzyła na Puszkową z lekkim obrzydzeniem, gdy Puszkowa wyciągała ostatnie groszaki na te obrzydlistwa, bo przecież ona by czegoś takiego w życiu do ust nie wzięła, ale jak kobita chce… Ludzie różne rzeczy ” ją”. Podobno nawet ślimaki…

I tak Puszkowa uratowała cały kilogram małży…Prawie uratowała :) .

Bo dopiero w domu doczytała, że małże pochodzą z naturalnych i ekologicznych łowisk Morza Północnego. MORZA !!!

I posmutniała Puszkowa. Przecież my na etapie morza w ogrodzie jeszcze nie jesteśmy i w stawie woda jest jak najbardziej słodka, z lekko chlorowym posmakiem. I co teraz ?

Na razie małże wylądowały w lodówce i nadal marzną a Puszkowa ma dylemat . Czy :

a/ czekać na tsunami aby woda w stawie zamieniła się w słoną?
b/ wybudować w ogrodzie morze?
c/ założyć akwarium morskie z konikami morskimi, błazenkami i rafą koralową i tam upchnąć małże ?
d/ zeżreć z białym winem i masełkiem czosnkowym?

Ja tam bym zeżarł, jakby mi kto te skorupy pootwierał, nawet bez czosnku, ale wiem że Puszkowa o morskim akwarium marzy…Chyba że znów jakaś zmiana w ogrodzie nastąpi, bo z Puszkową nic nie wiadomo…

Myślę, że Puszkowej jednak najbardziej przydałby się jakiś urlop. Bo z myśleniem u niej nie bardzo…Przecież te małże leżą teraz w naszej lodowce. W naszej czyli mojej. A czy ja prosiłem o jakieś głupie, samotne małże? A jak przyjdzie jej do głowy ratować te biedne, samotne ryby mrożone? Przecież cały staw nam zaświni…

Wasz, prawie zatroskany o stan Puszkowej, Futrzaty :)

Rybowędkomania…

O rany, nasza Puszkowa już trzeci dzień ledwo żyje.

Kicha, kaszle, boli ją głowa i narzeka. Z tego narzekania wynika że: boli ją wszystko, wszystko ją boli, boli ją wszystko i nie wie po co jechała… Ja też nie wiem! Chciała to ma :)

A było to tak :

Dawno, dawno temu… Nie! W ostatnią sobotę.

Było sobie duże miasto z targów różnych słynące. Jest, znaczy się, nadal. Tak, dokładnie to samo do którego swego czasu Puszkowa wraz z przyjaciółkami na Targi Mody się wybrała. O nowych Targach Mody napiszę za kilka tygodni bo wiem że dziewczyny już sobie miejsca na pokazy wiosenne zabukowały ale teraz będzie o innych. Takich dla prawdziwych pasjonatów. Prawdziwych, podkreślam. O wdzięcznej nazwie : RYBOMANIA 2015.

Już na ponurym, lutowym dworcu PKP rozpoznać można było prawdziwych wędkarzy.

- Mówię ci, oni na pewno na Rybomanię jadą!- powiedziała Puszkowa do Młodzieży, stojąc po bilety do kasy.
Kolejka była długa i składała się z panów, wąsatych na ogół (ochrona przed wiatrem), raczej długowłosych na tyłogłowiu (ochrona przed słońcem)i pachnących różnie (ochrona przed komarami). Prawie wszyscy ubrani byli w kurtki z mnóstwem kieszeni (miejsce na haczyki) i innych schowków (miejsce na papierosy), w kolorach neutralnych ( żeby ryby nie zauważyły) lub moro. To tak na wszelki wypadek gdyby wróg u bram… czy jakoś tak.
W każdym razie wyróżniali się.

I Puszkowa oczywiście miała rację :)

Całe to towarzystwo wylało się z wagonów w mieście targowym, zapaliło i spokojnie poczłapało na swoją ukochaną wystawę. A za nimi Puszkowa z Młodzieżą… pasująca do prawdziwych pasjonatów jak kwiatek do kożucha. Bo kto na Targi Wędkarskie wybiera się w pełnym makijażu, świeżo po fryzjerze i krwistoczerwonym manicure? Nasza Puszkowa :)

Wędki i różne tam takie zajmowały całe dwie olbrzymie hale. Tyle zobaczyła Puszkowa na tzw. pierwszy rzut oka. Drugi rzut już jej się jakoś nie udał. W halach były tłumy!!!

Tłumy były na ogół męskie. Wyższe od Puszkowej , grubiej ubrane i bardziej zainteresowane. Fama, że w pierwszych godzinach targów rozdawane będą darmowe próbki, nie wiadomo czego, też zrobiła swoje i aby cokolwiek zobaczyć, trzeba było przeciskać się pomiędzy ścianami widzów, ogladaczy, próbowaczy, dyskutujących ze znawstwem na temat, na przykład, kulek proteinowych o ananasowym zapachu i posmaku śledzia, na które to kulki maja się podobno rzucać karpie wielkości nosorożca. Tak przynajmniej zrozumiała Puszkowa. Widzieć już nie zobaczyła bo dzikie tłumy do żadnego stoiska dopuścić jej nie chciały a od dołu mało co widać było…

Z opowieści Młodzieży, który z racji wzrostu targi widziała z normalnej perspektywy, Puszkowa dowiedziała się, że nie widziała : zarąbiastych stanowisk wędkarskich z namiotem i wyrkami do spania, kołowrotków na wieloryby, składanych z trzystu części wędek do wyłapywania orłów w locie, kulek na słonie morskie i w ogóle.

Czego „w ogóle” Puszkowa nie zobaczyła już nie miało znaczenia, gdyż po godzinie podduszania, zdeptywania i przepychania, Puszkowa miała serdecznie dosyć ryb, wędek i kulek o posmaku zdechłego śledzia. Jak udało jej się wydostać z upchniętych tłumów, nie nadziewając się przy okazji na jakąś wędkę i nie wybijając sobie umalowanego oka, Puszkowa nie wie. W każdym razie: udało się. Nawet Młodzież niespecjalnie pyszczyła, mając mocno ograniczony budżet i nie mogąc kupić sobie cudownie miękkiego łóżka polowego z gustowną moskitierą i uchwytem na puszkę piwa. Albo i dwie…
Raz tylko Młodzież smętnie powiodła zazdrosnym wzrokiem za samotnym wędkarzem z uwieszonym na plecach wielkim tobołem ze składaną wędką, który dumnie zmierzał w stronę pociągu powrotnego.

- Popatrz, kupił sobie…

- Lepiej pomyśl sobie co go czeka w domu…- zgryźliwie warknęła Puszkowa, czując pierwszy atak cudzych wirusów.

I tak nasza Puszkowa choruje teraz. Pewnie te wirusy przywlekła z Targów a jako osoba mało nad wyraz alkoholowa, uodporniona nie jest wcale. Nie ma to jak rybolina…

I tak sobie myślę : takie prawdziwe, męskie wypady jednak dla Puszkowej nie są. Niech jednak na jakieś modowe targi jedzie. Te na pewno jej nie zaszkodzą :)

Jak zawsze, przekonany o własnej racji : Futrzaty :)

Jak zmarnować kwiaty…

Ale Puszkowa zła dzisiaj! Bez kija nie podejdź… Chociaż nie wiem po co kij na Puszkową, wystarczy przecież pod nos podsunąć jej paczkę z nasionami maciejki albo pachnącego groszku i łagodnieje jak baranek :)

Ale dzisiaj wcale jej się nie dziwię!

Kilka dni temu Puszkowa, nękana zimą i dołem przedwiosennym, wybrała się na zakupy celem poprawy humoru. Po nasiona oczywiście i jakieś kłącza. O napadzie Puszkowej na szklarnię z bratkami już pisałem. Powiem tylko że brateczki na oknach pięknie sobie kwitną, nocne chłody im nie zaszkodziły i nawet dzisiejszy śnieg tylko podkreślił ich urodę :).
Ale wiadomo, bratki bratkami, ale jakieś żywe, wiosenne i kwitnące w domu też by się przydały.

I Puszkowa trafiła od Owadosklepu. Sklep jest oczywiście spożywczy, sieciowy, namiętnie się reklamujący a owad w kropki na frontonie gwarantuje, że niektóre frakcje polityczne na pewno tam zakupów nie zrobią bo to dla biedoty podobno ;).

Puszkowa akurat Owadosklep lubi bo pełno w nim świeżych owoców i warzyw i w normalnych, na dokładkę, cenach. Różne inne sympatyczne rzeczy w postaci genialnych zakąsek z suszonych pomidorów czy fety też się trafiają, jest również stoisko z roślinami. Czyli wiadomo: ukochane stoisko Puszkowej.

I na tym właśnie stoisku Puszkowa trafiła na świeże żonkile. Stały sobie w pęczkach, po sztuk 20, w cenie kosmicznie niskiej, upchane w dwa wielkie kartony. KARTONY! Nie wiadra.

Puszkowa z najwyższym zdumieniem odkryła, że w kartonach było … kartonowo. Żadnej folii, żadnego ukrytego wiadereczka, żadnej wody. Żonkile stały sobie bowiem … saute. Widać było że są świeże, niedawno przywiezione, w pączkach, gotowe do zakwitnięcia w ciągu kilku dni. Ale bez wody.

Puszkowa oczywiście nie byłaby sobą gdyby z paszczą nie poleciała i pretensjami. Pani krzątająca się gdzieś tam między regałami poinformowała, że oczywiście dziękuje, zwróci uwagę , doleje wody a w ogóle nie wie o co chodzi bo jest dopiero w pracy pierwszy dzień po dwutygodniowym urlopie. I oczywiście jeszcze raz dziękuje za czujność obywatelską…

Puszkowa, złymi przeczuciami nękana, kupiła na wszelki wypadek dwa pęczki, żałując że gotówkę roztrwoniła gdzie indziej. Tak faktycznie to dobrze że nie miała więcej kasy a ten sklep kart akurat jeszcze nie uznaje bo pewnie cały karton by wzięła…

I trzeba było tak zrobić.

Wczoraj Puszkowa znów do Owadosklepu podjechała. Tego samego. Z ciekawości i troski o pozostałe kwiaty. Te kupione wcześniej rozkwitły u nas cudnie i pachniało w promieniu dwóch metrów, zdecydowanie poprawiając wszystkim nastrój z Puszkową na czele.

Te w kartonie stały nadal.

Nadal bez wody, nadal upchnięte i mocno już zasuszone.

Puszkową mało szlag nie trafił. A jeszcze bardziej do furii doprowadziło ja tłumaczenie jakiejś owadosklepowej Kleopatry, która kręciła się najbliżej.

- Bo wie pani… one mają być bez wody. Bo jak by my tam wody nalali to one by za szybko rozkwitły i by się zmarnowały. A tak nie rozkwitły…

Puszkowej mowę odebrało. Mając przed oczami swoje domowe, cudnie rozkwitnięte żonkile, nie mogła patrzeć na zaschnięte biedulki stojące w kartonie i proszące się już o wyrzucenie. Ale starała się jakoś opanować.

- Ale przecież jakby rozkwitły, to szybciej by się sprzedały i nie zmarnowały by się, i to aż taka ilość…

Odpowiedziało jej spojrzenie puste, nic nierozumiejące, z napisem w oczach : JA TU TYLKO PRACUJĘ.

I Puszkowa wróciła wściekła tak bardzo, że bez nasion maciejki nie podchodź.

Bo przecież ktoś te żonkile wyprodukował, dbał o nie, ogrzewał i podlewał, byle jakie pieniądze pewnie dostał, bo sieciówce oddał a tu wszystko poszło na zmarnowanie!

Puszkowa nienawidzi marnotrawstwa a kwiaty kocha. I dlatego od dzisiaj w tamtym Owadosklepie więcej jej noga nie stanie. Po co ma się denerwować!!! A ci, co zarządzają takimi sieciówkami, niech wezmą się za uczciwe szkolenie pracowników bo od nich właśnie bardzo wiele zależy.

I tylko kwiatów żal….

Ależ Puszkowa jest nadal wściekła… Idę szukać maciejki.

Wasz Futrzaty.

Puszkowa i wielka zimowa chandra…

Dzisiaj już jest pierwszy dzień lutego.
Rewelacja!!! Do pierwszego dnia kalendarzowego miesiąca wiosny tylko 28 dni. A nawet 27 bo dzisiaj już się nie liczy. Słońce świeci, reszta kotów wygrzewa się po kątach na parapetach a ja muszę ratować Puszkową.

Bo Puszkowa znów nam oklapła. I to tak porządnie.

Nie pomogło wirtualne odchudzanie, nie pomogło chodzenie na bieżni – Puszkowa przygasła, pogrążyła się w zimowym marazmie, snuje się jak upiór i nic jej nie cieszy.

Mówiłem już Wam że Puszkowa na baterie słoneczne działa? Jak to się dzieje to nie wiem bo podobno człowieki bez słońca też funkcjonują. Być może inni. Bo nie nasza Puszkowa. Z chwilą zapadnięcia ciemności Puszkowa zwalnia swe procesy życiowe i myślowe jak ropuchy na zimę i próbuje nie zasnąć na stojąco. I codziennie tak samo. Ma świecić słońce, wiać ciepły południowy wiatr niosący zapach świeżej zieleni i ma być ” tak w ogóle”. To odpowiedź Puszkowej na pytanie: co jej jest?

Wczoraj Puszkowa odżyła na chwilę. Ni z tego ni z owego wpadła na pomysł aby odwiedzić swoje ulubione gospodarstwo ogrodnicze. Takich ulubionych to Puszkowa ma jakieś kilkanaście, będąc zresztą sama ulubienicą tychże. Któż bowiem wpadałby z uśmiechem na ustach, wiecie, takim od ucha do ucha i buszował w doniczkach dyskutując nad każdym krzaczkiem czy paprotką? Tylko nasza Puszkowa zwariowana. Ale gospodarstwa ogrodnicze działają tak na ogół od marca i nadzieja Puszkowej na intensywną działalność ogrodniczą 31 stycznia była tzw. nadzieją głupiego. I co? Puszkowa wygrała :)

Widok podjeżdżającej pod szklarnię Puszkowej zdziwił nie tylko psy podwórzowe. Na zewnątrz walały się jakieś zimowe śmieci, worki z kompostem i ziemią, puste skrzynki na rozsady. Jacyś szarzy, smętni pracownicy ogrodowi przemykali gdzieś tam po kątach, ale za szybami… Och, za szybami była już wiosna :). I ta wiosna czekała na Puszkową!!!
Aż po szklarniowy horyzont ciągnęły się rzędy miniaturowych bratków w milionie kolorów, różowych i białych stokrotek, kolorowych pierwiosnków. Roślinki dopiero rozwijały swoje kwiaty ale już było pięknie :).

Puszkowa mało nie zemdlała ze szczęścia…

I teraz mamy parapety zewnętrzne nie dla kotów. Wygrzewać się mogą nadal oczywiście, pod warunkiem że mocno zwiną się w kulkę i upchną w jakimś kącie. Bo od skrzynek wara!

Tak, mamy już wiosnę na oknach. Ale Puszkowa znów przyklapła. Bratki wraz z bluszczem posadzone, słońce świeci ale jeszcze nie to. Wiosny jej się chce!!! Bo to tak głupio przecież posadzić bratki w skrzynkach na zewnątrz 31 stycznia. Aż wstyd się do takiej daty przyznać… I mimo tego że Pani Ogrodniczka mówiła, że bratki miniaturki są mrozoodporne i nic im się nie stanie.

Ale ja już wiem jak uratować Puszkową przed nią samą : najpierw wysypię z worka ziemię do rozsad a potem wywalę i poroznoszę po podłodze wszystkie nasiona, które Puszkowa sobie zamelinowała w pudełku po butach. Wiem, bo podsłuchałem, że są tam takie nasiona, które trzeba wysiewać już teraz bo za miesiąc będzie za późno. Puszkowa zamiast użalać się nad sobą mogłaby instrukcję wysiewu przeczytać i wreszcie się ruszyć, a nie napawać się ciągle swoją chandrą !

Och, ta Puszkowa!!!

Wasz, The Puszkowa Security, Futrzaty :)