Odchudzania ciąg dalszy czyli Puszkowa na basenie…

- Idziemy coś zjeść?- na trwającym od kilku godzin zjeździe czarownic padło wreszcie jakieś sensowne pytanie.

Zjazd czarownic obejmował osóbki płci nad wyraz wdzięcznej, sztuk trzy, czyli Puszkową, Rudą i Szaloną Księgową. Trzy przyjaciółki, w przyszłości wielkie dyktatorki mody, siedziały sobie w pracowni Szalonej Księgowej od kilku godzin i snuły wielkie plany. Snuły i snuły, zapijały kawą, dzielnie powstrzymując się od leżącej niedaleko czekolady i rzucając jej tylko tęskne spojrzenia. Ale ponieważ nadeszła pora kiedy czas był zeżreć jakiegoś bawołu, trzeba było podjąć decyzję.

- Jedziemy na basen!!!- zdecydowanie zaproponowała Puszkowa.- Tam jest fajnie!

Jak myślicie że, w ramach odchudzania, Puszkowa postanowiła zwalczyć głód chlorowaną wodą, to się mylicie. Basen był tylko tłem, nad nim bowiem górował bar, zwany modnie Lunch Cafe, a oferujący np. schabowy z kapustą lub ruskie pierogi. Jedzenie jednak było w nim nadzwyczaj smaczne i w cenach mocno, mocno atrakcyjnych, z pięknym widokiem na pływających i namiętnie zrzucających kalorie bardziej wytrwałych odchudzających się.

- Ale miałyśmy tam pływać a nie jeść…- pisnęła cichutko Szalona Księgowa, wzbudzając tym stwierdzeniem lekkie zamieszanie i jeszcze mniejsze poczucie winy…

- Będziemy się solidaryzować z pływającymi!- powiedziała z godnością Ruda, zamykając temat i pakując torebkę.

I pojechały.

Jedzonko rzeczywiście było smaczne! Wszystko świeże, porcje wielkie, ziemniaczki w maśle pływające, ryby w oleju, surówka w oliwie… Samo zdrowie ;) Miliony kalorii przebiegały sobie radośnie z talerza na widelec i odwrotnie, nie martwiąc się o ewentualne straty gdyż było ich dużo i to mocno tłuściutkich. Nawet jarski naleśnik ze szpinakiem Puszkowej miał brzegi mocno przypieczone i lekko ociekające tłuszczykiem tym samym wprawiając w zakłopotanie zawarty w nich szpinak, który był taki jakiś chudy i czosnkowy. Ale dobre to było!!!

Widok męczących się w chlorowanej wodzie pływających w dole też był krzepiący.

- Pamiętasz jak chodziłyśmy na basen? – smętnie i z tęsknotą spytała Puszkowa, nabijając na widelec następny tłuściutki kawałek naleśnika.

-No pewnie, że pamiętam!- Ruda przerwała na chwilę rozkoszowanie się rybą w masełku.- Taka waga tam stała, za 2 złote można było zobaczyć ile już schudłyśmy. Ciekawe czy jeszcze stoi…- Ruda zamyśliła się na chwilę.- Ale nie! Pójdziemy jak schudniemy i zaczniemy pływać! Najpierw musimy schudnąć bo na razie nie możemy się na basenie pokazać!- i wzięła się za następny kawałek masełka w rybie.

I tak dziewczyny siedziałyby sobie, w milczeniu wchłaniając zasłużony lunch i rozmyślając o świetlanej i szczupłej przyszłości, gdyby nie Szalona Księgowa.

- Nawet nie wiecie jak ja lubię z wami gdzieś pójść! Przy was człowiek czuje się taki szczupły i może się wreszcie najeść!!!

Zapadła grobowa cisza. Kalorie pisnęły, chowając się ze strachu pod talerze, widelce zawisły i pozostałe dwie pary oczu, zielona i szara spojrzały na Szaloną Księgową z niedowierzaniem.

- Czyli my to takie tło jesteśmy?- zapytała Ruda, wymawiając wyrazy wyraźnie i z odpowiednią dykcją.

- No nie! – oburzyła się Szalona Księgowa.- Tylko tak jest jakoś że z kim przestajesz takim się stajesz.

– To znaczy?…. – Morderstwo w oczach Rudej pojawiło się na chwilę, spojrzało na Szaloną Księgową z uwagą, cofnęło się i przysiadło w kąciku oka, czekając w gotowości na ciąg dalszy. A Szalona Księgowa brnęła…

- No bo to jest tak! Pamiętam jak kolegowałam się z taką jedną: paznokietki- pomalowane, makijaż – zawsze zrobiony, sukienka – prawie codziennie, fryzjer co tydzień. Taka jakaś kobieca mocno byłam! A z wami to tylko dżinsy i dżinsy!

- To znaczy, co? My to kobiece nie jesteśmy?- zaprotestowała Puszkowa.- Przecież mam pomalowane paznokcie! Starły się tylko trochę, bo opiłowywałam nasiona lotosa. Twardy jest to i opiłować trzeba!

-Lotosu! – poprawiła ją po raz setny w dniu dzisiejszym Ruda, przerywając definitywnie jedzenie. Morderstwo w oku nadal siedziało ale tak jakby lekko złośliwie uśmiechać się zaczęło…- Czyli mówisz, że nie jesteśmy dla ciebie zbyt dobrym towarzystwem ale za to świetnym tłem i to mało zadbanym…

Nastała cisza. I trwałaby tak w nieskończoność, gdyby nie przerażona mina Szalonej Księgowej, gdy dotarło do niej to co powiedziała pod wpływem tłustej ryby.

- Nie, to nie tak, to w ogóle nie tak…

Ryk śmiechu jaki rozległ się w chwilę później, rozładował ciężką atmosferę. Morderstwo definitywnie uciekło, kalorie wróciły radośnie i z ochotą, tylko Puszkowej popsuł się humor. Bo jako tło, miała w perspektywie ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia… A Szalona Księgowa przywiozła jej z zagranicznego wojażu kilka czekolad ukochanych, takich z kawałkami galaretki wiśniowej i wiśniami.
I one teraz się zmarnują !!!!!! Bo kto je teraz zje?

I tak właśnie wyglądało pierwsze, odchudzające wyjście na basen Puszkowej w tym roku.

Ćwiczeń, oczywiście, ciąg dalszy nastąpi :) Bo Puszkowa w prezencie dostała bieżnię!

Miłego dnia. Wasz Futrzaty :)

Jak Puszkowa schuść postanowiła…

- Trzeba schuść żeby nie pęc! – powiedziała a właściwie wydyszała Puszkowa, próbując wbić się w ulubione spodnie.

Spodnie stawiały naprawdę duży opór. Czy to wredna i kiepskiej jakości tkanina, czy to zamek nie taki… Spodnie, w każdym razie, opierały się jak mogły. Usiłowania Puszkowej, aby wciągnąć w „się” żołądek, wątrobę czy nawet żebra spełzały na niczym. Co udało się wcisnąć górą, wyłaziło ze stron różnych, talia, będąca na ogół w miejscu mniej więcej stałym, robiła się w kilku i to też nie stałych, podchodząc lub opadając energicznie i z wdziękiem. Podobnie jak Puszkowa. Z tym, że bez wdzięku a z coraz większą furią.

- Żeby to trafił szlag! – wysyczała Puszkowa, rezygnując z zapięcia zamka. -Trzeba schudnąć! I to już!!!

Leżałem sobie spokojnie w miejscu ulubionym i bezpiecznym czyli desce do prasowania. Ulubionym i bezpiecznym, gdyż cykliczne napady Puszkowej w celu obcałowywania mnie nie obejmowały terenu w promieniu dwóch metrów wokół. Nienawiść Puszkowej do prasowania była silniejsza od chęci poniżania mnie i było to jedyne miejsce które Puszkowa starannie omijała a ja miałem tam spokój. I wszystko świetnie widziałem!

Bo ciąg dalszy,oczywiście, nastąpił :)

Najpierw w powietrze poleciały spodnie. Potem kilka słów tzw. ogólnobudowlanych i nie było to bynajmniej „wapienko”i „piaseczek”. Po ulżeniu sobie emocjonalnie, nie zwracając uwagi na moje lekko zwiędnięte, po wysłuchaniu litanii, uszka, Puszkowa postanowiła działać! Wyszarpnąwszy spod tyłka śpiącej Liliany kocyk, ułożyła go starannie na podłodze.

Tak na boku, metoda Liliany, aby wyć pod drzwiami wejściowymi tak długo aż nie zostanie wpuszczona do domu, sprawdzała się doskonale. Z chwilą zaśnięcia na fotelu i kocyku, Liliana cichnie i jest święty spokój przez cały dzień.

Ale teraz kocyk był potrzebny do celów wyższych. I grubszych :). I zadziało się :)

Dawno, dawno temu, kiedy Puszkowa była jakieś kilkanaście kilogramów młodsza, furorę robiły różne zestawy ćwiczeń oferowane przez różnych guru odchudzania. Teraz też tak jest, z mniejszym, niestety, naciskiem na ćwiczenia a większym na różne łykania i popijania. Wtedy widocznie chemia spożywcza była mniej rozwinięta i aby odzyskać formę należało porządnie się zmęczyć i ćwiczyć. Puszkowa, jako osoba ciut mniejsza rozmiarowo nie miała w sobie parcia na ćwiczenia, zmęczyć mogła się w każdy inny sposób, ale od czasu do czasu stosowała serię ćwiczeń w celu niezardzewienia. Ćwiczenia polegały na delikatnym rozciąganiu, trwały długo- jakieś 40 minut codziennie, ale efekty były. Puszkowa wyglądała świetnie, położenie dłoni na podłodze w pozycji stojącej nie sprawiało jej kłopotów, ale ćwiczenia miały jedną wadę. Jak mówiłem, trwały długo i były strasznie nudne. Kilkanaście ćwiczeń po 100 powtórzeń, dawało niezłą sumkę, a propozycja Puszkowego, aby nie liczyć za każdym razem a rozliczać się z ćwiczeniami minutowo, została przez Puszkową odrzucona ze wstrętem. A jak zamiast stu powtórzeń, zrobi 125 ? Albo i 130, jak się pospieszy? Nie opłaca się! I nuda zwyciężyła. Ćwiczenia poszły w kąt a Puszkowa wszerz…

I dzisiaj nadszedł dzień powrotu do przeszłości… Podłoga była, kocyk był, Puszkowa była, postanowienie zapadło!

Złośliwy ciąg dalszy nastąpi…

Wasz, zdegustowany, Futrzaty.

Popsuło nam się przysłowie….

- Ach, jak ja kocham marzec!- powiedziała Puszkowa, wczłapując się w starych, zabłoconych balerinkach do domu.

Dlaczego akurat w balerinkach, nie mam pojęcia. Puszkowa ostatnimi czasy stała się dosyć ekscentryczna a po ostatnich, bardzo okrągłych urodzinach, stwierdziła, że teraz już wszystko ma w nosie, nic nie musi i wreszcie będzie sobie robić to co chce i mówić co chce, bo… tak jej się podoba. I koniec!
Widocznie balerinki też podpadły pod kategorię „BO TAK !!!” i zamiast wytwornych gumiaków, Puszkowa polazła w ogród w balerinkach. W ogród, zaznaczam! W połowie stycznia, jakby nie było! Bo styczeń, wiadomo : początek intensywnych prac ogrodowych… Też, jakby nie było…

Ale, rzeczywiście, ten styczeń jakiś dziwny jest. Ciepło, słońce świeci jak oszalałe, niebo błękitne, stada gęsi wieją gdzieś, nie wiadomo gdzie, drąc się przy tym wniebogłosy. Niektórym tak jakby się zupełnie pomyliło i część klucza poleciała w prawo, część w lewo, kłócąc się przy tym jak nie przymierzając, politycy. Ale wiadomo, gdzie dwie gęsi to od razu trzy partie, w tym dwie w opozycji.
A Puszkowa stała, z zadartą głową i gapiła się na te lecące gęsi rozanielona i szczęśliwa!

Postała, postała, kilka następnych stad zaliczyła i dotarło do niej, że CZAS WYJŚĆ Z DOŁA ZIMOWEGO!!!

Dlaczego akurat odlatujące gęsi rozpoczęły ten proces, nie wiem! I tak widziałem je z oparcia kanapy, tak zresztą jak i Puszkową, słyszałem jak się darły i nawet mnie to lekko drażniło bo ani zjeść ani spać… Takie machanie kotletem przed oczami. Gapkowatą i rozanieloną minę Puszkowej też widziałem, ale u niej to akurat normalne więc wielkiego wrażenia nie robiło. I prawie przegapiłbym proces wychodzenia Puszkowej z dołu zimowego, gdyby nie to ze wpadła, wypadła, wpadła, wypadła i tak po kilka razy. Bo to po rękawiczki ogrodnicze, to po jakieś klucze, to się napić, to po telefon, to po nie wiadomo co! Wyspać się nie można było!!! I skojarzyłem sobie: sezon ogrodniczy czas zacząć!!!

Tylko, że do tej pory, ten sezon to tak w okolicach marca Puszkowa rozpoczynała. Co roku miesiące zimowe były przez nią ojęczane, przeklęte i rzucone psom na pożarcie. Znaczy: znienawidzone. Żadne tam bałwanki, śnieżynki i radosne wymachiwanie łopatą do śniegu. Nie ma być i koniec!!! A jak nie, to ona, Puszkowa, zapada w sen zimowy albo w zimowo- chandrowy dół się zakopuje, od góry przykrywa deklem po beczce z kapustą kiszoną i wypad! Wszyscy! Nie ma mnie i już! Budzić wiosną!
A tu styczniowy marzec się pojawił ! W pełnej okazałości i pięknie słońcem świecący :)
I Puszkowa odżyła… Z dołu zimowego się wykopała, oczka otworzyła i do roboty! Nawet gumiaków nie chce jej się zakładać. Balerinki są wygodniejsze.
I tak sobie Puszkowa w ogrodzie już urzęduje! Ciekawe co będzie jak zima wróci. Ale na razie: W STYCZNIU JAK W GARNCU! I super!!! Ważne że Puszkowa wróciła do życia. Z bojową miną i sekatorami w rękach. Jakieś nowe czasopisma ogrodnicze też się pojawiły i kanapę mi zaśmiecają… I tak niech zostanie :).

Pozdrawiam Was w marcowym nastroju- Futrzaty :)

Nowy Rok… a ja się lenię!

Wiem, wiem!!! Tak jakoś wyszło… To pogoda nie taka, to laptop zepsuty, to mi się tak dobrze spało, że nawet jak coś się działo to mi się nie chciało… Samo życie!

Tak więc, spóźniony ( ale wyspany !) życzę Wam wszystkim w Nowym Roku wszystkiego co najlepsze, najwspanialsze i najfajniejsze.

Niech Wam spełnią się wszystkie pragnienia i marzenia a równocześnie niech się Wam zachce nowych, bo wiadomo : coś tam w przyszłości musi czekać i kusić aby życie miało sens.
Niech wszystkie psiaki ze schronisk znajdą swoich ” człowieków” aby miały kogo kochać. Kotom też tego życzę bo przecież ktoś nas karmić i miziać musi :)
I żeby karpie z przyjemnością czekały na wszystkie następne święta. I ptakom chciało się śpiewać i ćwierkać, nawet zimą. I żebyśmy wszyscy pamiętali, że gdzieś tam, na świecie, zawsze w jakimś miejscu jest lato. Puszkowej to zwłaszcza dotyczy bo wpadła w dół jesienno- zimowy głębokości Rowu Mariańskiego.
Łazi ponura i czepia się…
A, i dzisiaj u nas była pierwsza wiosenna burza. A może i letnia nawet, bo łupało straszliwie…
I w ogóle : ŻEBY FAJNIE BYŁO!!!!!

A pisać będę bo jest o czym. Słyszeliście na przykład o hurtowni kangurów?

Ale na razie idę spać. Puszkowa kupiła nowe nakrycie na deskę do prasowania. W kwiatki :)

Buziaki.
Wasz Futrzaty.

Puszkowa mi tu dopowiada, że na swoim podróżniczym blogu tez zacznie pisać i to już niedługo. Pewnie tak gada tylko, żebym się nie czepiał. Jak ją znam, to zapomniała hasło do logowania, hi hi :)