Założyłem nowe konto na Fb…… :)

Witam wszystkich :)

A już było pięknie! Nie tak dawno pisałem, że mam konto na Fb i cieszę się z tego niezmiernie. Odczepiwszy się od Puszkowej, mogłem podziałać sobie samodzielnie, nawiązując nowe znajomości i kontakty. Wiadomo, moja wrodzona wielka skromność, nie pozwalała mi na marzenia o wielkiej popularności, jednak tak się stało! Ilość zaproszeń, przychodzących do mnie z całego świata, w językach znanych i nieznanych, zaskoczyła mnie ogromnie i zbiła z moich cudnych, futrzanych łapek! Nie spodziewałem się takiego odzewu! Bardzo wszystkim za to dziękuję ale nie podołałem jednak tak wielkiej popularności. Nie mogąc odpisać każdemu i nie znając jednak takiej mnogości języków światowych, z chińskim na czele, konto musiałem dezaktywować. Przykro mi bardzo z tego powodu ale jest też wiadomość pozytywna :)

Mam nowe konto! Możecie znaleźć mnie i zaprosić do znajomych : Puszkowewidzimisie Pamiętnik Kota Futrzatego. To moja nowa stronka, gdzie będę wrzucał wszystkie stworzone przeze mnie teksty i przemyślenia. A, jak wiecie, są to przemyślenia poważne, przesączone głęboką troską o społeczeństwo i dobro wszystkich ( ze mną, oczywiście, na czele ), myślę, że dla młodzieży w wieku podstawowym i gimnazjalnym mogą być nudne i do czytania niewskazane. Chyba że czytająca mnie młodzież również zaangażowana społecznie jest i do poprawy świata dąży. Wtedy zapraszam oczywiście ją, tę młodzież, również :)

Pozdrawiam serdecznie! Wasz Kot Futrzaty :)

A co u Puszkowej? Ugrzęzła w sałatkach warzywnych w słoikach, twierdząc, że Indianie chrust zbierają czyli zima sroga będzie, więc coś do jedzenia na zimę przygotować trzeba. Skąd takie wiadomości ma, nie wiem, ale dlaczego pastwi się tylko nad papryką? Przecież JA papryki nie jem!!!!!!!!!!!!!!!

Jak Puszkowa Młodzieży obciachu narobiła …

- Ubieraj się ! Idziemy dokonać zakupu! – zawołała radośnie Puszkowa w piękny, jesienny ranek czyli tak koło dwunastej w południe. Ranek Puszkowa zaczyna na ogół dużo wcześniej ale z powodu weekendowego pobytu Młodzieży, trwał on i trwał. Ten ranek…

- A muszę?- Młodzież z niechęcią oderwała wzrok od ekranu tabletu. Generalnie, Młodzież od rana czyli dziesięciu minut, była mocno zdegustowana. Okazało się, że w minionym tygodniu odbyła się premiera najnowszych gadżetów firmy przez Młodzież ukochanej i nikt, po prostu nikt, Młodzieży o tym fakcie nie poinformował. Firma zresztą również, nie wiadomo dlaczego, Młodzieży nawet nie zaprosiła i musiał jak głupi jakiś uczyć się w ten wieczór historii. A świat właśnie zrobił kolejny technologiczny krok naprzód i to bez udziału Młodzieży. Dlatego sobota dla Młodzieży zaczęła się źle i Młodzież w tym stanie do końca dnia pozostawać postanowiła! A tu Puszkowa coś chce!

- Musisz! Bo muszę coś technicznego kupić i masz mi w tym doradzić! Idziesz czy nie?

Technicznego! A może… tu fantazja Młodzieży poszybowała jak Pegaz. A może Puszkowa ma jakieś tajne kontakty z firma Młodzieży ukochaną? A może jakiś taki malutki gadżecik Puszkowa jakimś cudem zamówiła, przed światową premierą nawet i on teraz gdzieś tam w tajnym kątku czeka, mocno ukryty aby go wredna i dużo gorsza konkurencja nie skopiowała? W końcu gadżet posiadany przez Młodzież z dwa lata już miał czyli starością już trącił a trociny wysypywały się z niego przy każdym ruchu. Czyli jednak…Zachwyt i szczęście w Młodzieży wybuchły jak wulkan i opadły. Ale nadzieja pozostała.

- A co idziemy kupić?- ulubione słowo Młodzieży oznaczające czynność ukochaną wciąż zawierało resztki nadziei i wypowiedziane zostało z wyjątkową słodyczą.

- Myszę. Idziemy kupić myszę. – słowa Puszkowej pozbawiły Młodzież złudzeń. Jednak nie „szóstka”, jednak nie „watch” ale jakaś mysza.

- Nie mówi się „mysza” tylko  ”mysz”, jak już i możesz sobie kupić ją sama. Jestem zajęty! – Młodzież postanowiła być wredna. Puszkowa w końcu się odczepi i ona, Młodzież pójdzie sobie w świat, o chlebie, wodzie i głodzie czyli do końca weekendu użalać nad sobą się będzie. Ale Puszkowa nie ustępowała.

- Jak mi pomożesz, to na nie-podróba pójdziemy. I to z dolewką!

I ten argument przeważył. Młodzież ubłagać się dała, do Transportu Wojennego wsiadła i wywieźć się na morza i oceany czyli do jakiegoś Media-CośTam pozwoliła, kombinując zresztą po drodze co jej, Młodzieży, koniecznie jest potrzebne. Do głowy nic jednak nie przychodziło, podstawowe potrzeby technologiczne Młodzież zapewnione miała, a świadomość, że firma ukochana Młodzieży sprzedaż gadżetów pożądanych dopiero rozpoczęła, dawała Młodzieży nadzieję na tzw. lepsze jutro :).

Nowa mysz do laptopa zdecydowanie Puszkowej była potrzebna. Ilość tekstów skasowanych niechcący przez starą mysz rosła z z każdym tygodniem, doprowadzając Puszkową do rozpaczy i wzbogacając jej zasób wyrażeń tzw. ogólnobudowlanych. O zdolności Puszkowej do nowo-słowo-twórstwa wiedzą zresztą wszyscy a Puszkowa w furii staje się bardziej nowatorska niż zwykle. Niestety, wyrażenia z lubością przez Młodzież podsłuchiwane, do niczego się nie przydały i mysz padła, ratując zresztą laptop przed śmiercią tragiczną, gdyż Puszkowa  w chwili największej furii ledwo powstrzymała się, aby za laptop nie chwycić i o krawędź biurka nim nie walić, tak długo aż się nie naprawi. Laptop okazał się jednak niewinny, winna była padnięta mysz. I teraz właśnie miała pojawić się mysz nowa.

- A jaką chcesz kupić? Bo takie świetne widziałem!!! Taka jedna to nawet by mi się przydała…- Młodzież w staraniach jednak nie ustępowała. Na nic zresztą to się przydawało, gdyż Puszkowa, szukając miejsca na zatłoczonym parkingu ogłuchła, oślepła i stała się nieczuła na wszelkie sugestie Młodzieży. Wzrok odzyskała dopiero przy jakimś cudem znalezionym wolnym miejscu, jakoś się wepchnęła Transportem Wojennym, starym nawykiem zdecydowanie skrytykowała parkujących wokół niej i udała się, wraz z doradcą w postaci Młodzieży, dokonać rzeczonego zakupu.

Generalnie Puszkowa do sklepów z różnościami technologicznym raczej nie wchodzi. Jak coś potrzebuje, tak długo po różnych stronach internetowych lata, tak długo w kopalni wiedzy niezgłębionej ryje aż całą potrzebną wiedzę posiądzie i może złożyć zamówienie z dostawą prosto pod drzwi. Ale nowa mysz, ze względu na ilość przeznaczonej na nią kasy, spokojnie mogła zakupiona być starym, przed-internetowym sposobem. Tak więc Puszkowa do sklepu wpadła, na głośne zachwyty Młodzieży nad nie wiadomo czym nie zareagowała i do półek z myszami pobiegła.

Półek było kilka a na każdej myszy do laptopa. Dużo tego było. I tu właśnie Młodzież odkryła, że jednak potrzebna jest jej mysz!. Nie Puszkowej, tylko jej, Młodzieży.  I ma być nowoczesna, skomplikowana i przede wszystkim droga! Bo jak brać to to co najlepsze! I taka jedna, ta mysz, właśnie tu sobie leżała… Z cena trzycyfrową.

Pan Sprzedawca, który nosem handlowca od razu wyczaił, że ma klienta na towar , którego nikt specjalnie kupować nie chciał, zjawił się jak spod ziemi. Puszkową, że tak powiem, obszedł bokiem, widząc w niej tylko nosicielkę portfela, dopadł Młodzież i zaczęła się długa i bardzo bogata w terminy technologiczne dyskusja. A Puszkowa sobie szukała. Tu spojrzała, tu porównała i już wiedziała co chce. I wybrała.

- Chyba nie powiesz, że chcesz to kupić?- Młodzież z przerażeniem popatrzyła na wybór Puszkowej. Pan Sprzedawca też lekko zbaraniał, nie spodziewając się, że jego popis wiedzy fachowej  spowoduje taki skutek, ale Puszkowa uparła się. Ma być to i nic innego. Ta właśnie różowa mysz!!!. Za 19 złotych!

- Ale ona nie ma łączności… – wyjąkała Młodzież, patrząc na kolor i cenę wybranego produktu.

- O właśnie!- dorzucił Pan Sprzedawca porozumiewawczo spoglądając na Młodzież.

- Ale ja właśnie chciałam na sznurek! I bardzo mi się kolor podoba! I cena! I biorę ją!!!

- Na łącze USB a nie sznurek… – wykrztusiła tylko Młodzież z rozpaczą.- USB. – i zamilkł.

- No właśnie!- radośnie poświadczyła Puszkowa i z jadowicie różową myszą w ręku pomaszerowała do kasy wraz z wlokącą się za nią Młodzieżą, modlącą się tylko, aby nikt z klasy go nie zauważył.

Na nie-podróba poszli, przeżerając zaoszczędzone na myszy pieniądze, mysz jest, nadal jadowicie różowa i świecąca sobie na czerwono podczas działania. Na szczęście nie gra i nie zmienia kolorów. A przecież mogłaby… Za taką cenę!

Na razie. Wasz Futrzaty!

 

Trzeba było uczyć się, dziewczynko…..

Puszkowa wróciła dzisiaj z tzw. miasta późno i w nieciekawym humorze. Chociaż złość na Wybitną Konsultantkę minęła jej szybciej niż myślała i  my też jej za bardzo nie wkurzyliśmy ( no, może Lila- ale o tym napiszę kiedy indziej bo Liliana czyli Kot Prawie Rudy to też niezły numer i jednak narozrabiała, jak zawsze), poranny świetny humor Puszkowej minął bezpowrotnie.

A dzień zaczął się przecież bardzo przyjemnie. Dzisiaj jest PIĄTECZEK, ulubiony dzień kotów, Puszkowych i szyciowych koleżanek!  W każdy piątek dziewczyny z przyszłej sławnej firmy modowej spotykają się przy kawie i bez ciasteczek, planując swoją niedaleką  sławę i popularność. Myślę, że lepiej byłoby spokojnie przechodzić z planem krok po kroku, zahaczając jednak po drodze o wytrwałą pracę, cierpliwość i zaangażowanie, ale kto by tam chciał słuchać mojej wybitnej opinii. Zresztą hałas i śmiechy są na ogół tak głośne, że nawet swojej opinii żadna nie jest w stanie wygłosić a co dopiero słuchać cudzej. Czyli jest miło, sympatycznie i babsko :) Tak też było dzisiaj.

Kawka kawką a tu do kawki NIC. Odchudzanie… tak więc żadna nie odważyła się zaproponować cokolwiek co wiązałoby się z dodatkowymi kaloriami, mimo wielkiej ochoty. Ale coś słodkiego by się jednak przydało! I padło na śliwki i Puszkową. Puszkowa najbardziej narzeka na swój nadmiar więc niech się ruszy, z drugiego piętra zlezie i po śliwki pójdzie. Jak uradzono, tak zmuszono :) . Na nic zdały się protesty Puszkowej, że właściwie to kawę już skończyła, spieszy się, samolot zaraz startuje a ona nie spakowana, słyszała o czyhających gdzieś za rogiem dinozaurach  czyli wszelkie możliwe głupoty, żeby tylko w ten omglony i dżdżysty dzień z ciepłego, pachnącego kawą pokoju nie wychodzić… Ale większość w liczbie dwóch przegłosowała i Puszkowa pójść musiała. A dlaczego śliwki? Bo są dobre, słodkie i odchudzające. I ma ich kupić dużo!

No i Puszkowa poszła- ciągle jeszcze w świetnym humorze. Do śliwek nie było tak blisko jak do ciastek, ale mus to mus!

Trasa do śliwek wiedzie przez samo centrum tzw. miasta, deptakiem i w pobliżu trzech szkół. Nie, żeby jakieś kilometry trzeba było przejść. Przypadek po prostu zrządził, że szkoły te, i podstawowa i dwie średnie, znajdują się prawie obok siebie. I jak to w piątek, wczesnym popołudniem: wylewały się z nich tłumy. Tłumy były młode, kolorowe, głośne i wesołe niesłychanie, bo kolejny tydzień nauki właśnie dobiegł końca( drugi, nie czarujmy się !) i nadchodził słodki czas spania do dwunastej w południe, siedzenia pod telewizorem do północy i wszystkich tych innych czynności, które młodzież kocha robić w weekendy. Tłumy lazły we wszystkich możliwych kierunkach, nie zwracając uwagi ani na Puszkową ani na innych zmęczonych całym mijającym tygodniem przechodniów, jak to młode tłumy mają zresztą w zwyczaju! Jedna tylko postać, idąca środkiem kłębiącej się młodzieży, wzbudzała całkiem spore zainteresowanie, na szczęście dyskretne i kwitowane tylko lekko złośliwymi uśmieszkami i porozumiewawczym wywracaniem oczu za plecami, zwłaszcza w wykonaniu żeńskiej części mijanych. I gdyby nie te znaczące gesty, Puszkowa pewnie nie zwróciłaby kompletnie uwagi, na mijające ją właśnie dziewczątko. A jak zwróciła tak zamarła…

Idąca środkiem deptaka dziewczynka mogła mieć 12, najwyżej 13 lat. Długi koński ogon, nie tknięta makijażem buzia, chudziutkie nóżki w tanich dżinsach, tenisówki. Takie maleństwo, zajęte swoimi kompleksami i tak mocno zamyślone, że nawet nie zauważało budzącego sobą zainteresowania. Zainteresowanie budziła jednak nie ona sama lecz jej t-shirt, zwykły, lekko rozciągnięty i z wielkim, wyraźnym napisem w części centralnej. I właśnie ten napis spowodował, że Puszkowa stanęła, poprawiła okulary, własnym oczom nie wierząc i starając się zrozumieć co widzi. Napis głosił, w języku międzynarodowym, używanym już wszędzie, że właścicielka niniejszego t-shirta jest …. hm, wymawia się jak plaża, a plażą nie jest…, wyraz często używany jest w filmach dozwolonych od lat 40 i puszczanych po godzinie 23.00.

To właśnie zobaczyła Puszkowa jak również cały tłum wychodzący właśnie ze szkół. Dziewczątko nawet nie zwróciło uwagi na budzące przez siebie zainteresowanie, skręciło gdzieś w boczną uliczkę i zniknęło Puszkowej z życia. Tłumy też już powoli się rozrzedziły i na ulicy została tylko Puszkowa, smutna i przygnębiona. Bez śliwek bo zapomniała kupić, bez humoru i z wielką chęcią powrotu do domu, do którego zawsze ucieka, kiedy jest jej źle. I tak zrobiła…

I dopiero tu, w ukochanym domku, Puszkowa dała upust swym emocjom i rozżaleniu.

- Posłuchaj kocie! Przecież ktoś tej dziewczynce musiał tę bluzkę kupić, ktoś musiał widzieć co założyła! Jak można było pozwolić, aby takie dziecko zostało tak ośmieszone. Różne głupoty na różnych ciuchach są napisane, ale nie mieści mi się w głowie, że ktoś kto nie ma pojęcia co jest napisane, przez chwilę chociaż nie zastanowi się co to może znaczyć!!! I że może z własnej głupoty czy niewiedzy krzywdę dziecku zrobić!!! I co miałam zrobić? Podejść i zabrać jej tego t-shirta?

I tu Puszkowa powiedziała, że boli ją głowa, trzasnęła drzwiami  i poszła spać.

A ja teraz siedzę i zastanawiam się… Puszkowa ma rację. Jeśli ktoś decyduje się na jakąś manifestację pisemną na sobie, nie rozumiejąc tekstu, ryzykuje, ze może się naprawdę ośmieszyć. Nie znając języków obcych, należy pamiętać, że tzw. zagraniczny napis na naszym t-shircie może jednak coś znaczyć i to nie zawsze miłego. Jeśli wstyd sobie robią dorośli, ich sprawa. Ale ośmieszyć dziecko? Trzeba było jednak uczyć się języków obcych, dziewczynko. Może wtedy ty sama nie zrobiłabyś z siebie pośmiewiska, skoro wszyscy wokół na to pozwolili.

I wiecie co? Też mi się humor popsuł. Idę spać.

Do jutra. Wasz Futrzaty

 

 

Założyłem sobie konto, własne i osobiste :)

Uprzejmie informuję, że mam już własne konto na Facebooku. Tym samym przestanę wreszcie żebrać, tak, żebrać bo inaczej się nie da, u Puszkowej, żeby mój nowy wpis gdzieś tam wśród ludzi puściła. Tyle razy mówiłem jej, żeby sobie własny blog założyła, jakieś różne głupoty ciągle jej się przydarzają i mogłaby sama o sobie pisać. Ale nie…… Sama nie pisze, mnie krytykuje i czasami jest to nie do wytrzymania ;(.

W związku z tym od dzisiaj wszystkie moje posty publikowane będą tylko na MOIM koncie, wszystkie moje zdjęcia też się tam znajdą a Puszkowa niech się wypcha !!!!!!!!

I jeszcze jedno: Odchudza się? Odchudza? To kto zeżarł całą moją pikantną sałatkę z makreli, całą i to widelczykiem do ciasta?

Zapomniałbym z nerwów : na fejsie jestem jako Kot Futrzaty. Poznacie mnie ze zdjęć :) A mam jeszcze kilka ładniejszych :)

Na razie! Wasz Futrzaty.

Jak Puszkowa poszła na konsultację odchudzającą…

Ale mamy dzisiaj dzień!

Miałem napisać dzisiaj o Puszkowej w strugach deszczu, gradu i centrum górskiej burzy, co było doświadczeniem naprawdę ekstremalnym, ale przełożę to na kiedy indziej bo dzisiejszy powrót Puszkowej z miejskiego wypadu burzę przebił.

Najpierw oberwało się nam. Faktem jest, że na widok wjeżdżającej na podjazd Puszkowej, całe nasze koto- psie towarzystwo jakiejś głupawki dostaje i wyłazi z wszystkich możliwych kątów i nie bynajmniej z miłości, ale celem sprawdzenia co jest w siatkach i dlaczego tak mało. Lizus posunął się nawet do tego, że próbował wsadzić łapę w otwierane od domu drzwi i nie tylko dostał w łeb ale i poleciał jak orzeł kilka metrów dalej, chociaż ” sęp” byłby odpowiedniejszym określeniem ornitologicznym. Rzeczywiście, w skali nachalności przeszedł nawet samego siebie ale chyba coś mu się ze wzrokiem stało. Żeby nie widzieć, że Puszkowa wróciła z morderstwem w oczach? Teraz mamy przez niego kategoryczny zakaz zbliżania się do domu o Puszkowej nawet nie wspominając.

Zaczęło się od Szalonej Księgowej. Szalona Księgowa jest przesympatyczną, zaraźliwie śmiejącą się dziewczyną, życzącą wszystkim i wszystkiemu dobrze. Skąd w niej wzięło się przekonanie, że powinna schudnąć – nie wie nikt. Pewnie była to opinia jakiejś zazdrosnej jędzy, którą w Szalonej Księgowej wściekał jej optymizm i wiara w dobro, w każdym razie Szalona Księgowa przekonać i namówić się dała i ze swoim nadmiarem kilogramów w ilości 0,5 przeszła się do Wybitnej Konsultantki od odchudzania. Konsultantka, sprzedająca równocześnie wybitne specyfiki na, przed i po odchudzaniu, straszliwie się jednak zawiodła, gdy okazało się że Szalona Księgowa  diety cud nie potrzebuje, zdrowa jest jak koń a nawodniona jak staw Puszkowej i przymilnie poprosiła o kontakt do koleżanek , które na pewno takiej porady, całkowicie darmowej oczywiście, potrzebują. A Szalona Księgowa jak to ona, życzliwie i w dobrej wierze, przekonana, że wyniki na pewno będą takie same, podała namiar do Puszkowej i Rudej. I zaczęło się!

Pierwsza na odstrzał poszła Puszkowa. Po uzgodnieniu terminu pierwszej, darmowej wizyty, nawet miała przez chwilę wątpliwości, ale skoro Wybitna Konsultantka na przyjaciółkę Puszkowej się powołała, niechętnie bo niechętnie, Puszkowa poszła.

Badanie polegało na staniu stopą bosą, a nawet dwoma na czymś przypominającym wagę, co jak wiadomo, jest skojarzeniem dla Puszkowej dość nieprzyjemnym, a na dokładkę trzymaniu w obu rękach elektrod, co umożliwiło przepływającemu prądowi zrobić dokładną analizę stanu fizycznego Puszkowej, nie penetrując na szczęście stanu umysłowego. Ten pogarszał się z każdą chwilą. Nie, żeby Wybitna Konsultantka jakaś niesympatyczna była a otoczenie niezbyt zachęcające. Nawet ilość zdjęć ukazująca klientów Wybitnej Konsultantki w pozie ” przed i po” porozwieszanych gdzie się da i kłująca w oczy, wywołała w Puszkowej tylko lekkie rozeźlenie, bo ona, na przykład,  nie życzyłaby sobie aby jej, Puszkowej, portret w charakterze reklamówki gdzieś wisiał. Ale jak innym to nie przeszkadza… A jednak humor Puszkowej psuł się coraz bardziej.

- Wiedziałam! – przekonanie o swojej racji w wykonaniu Wybitnej Konsultantki wcale nastroju Puszkowej nie poprawiło. Kartka z wynikami skanowania, trzymana triumfalnie przez operatorkę wagi skanującej ukazała wszystkim straszną prawdę! Puszkowa ma nadwagę. Co wiedziała. Poza tym jest za tłusta, za mało umięśniona, za mało nawodniona, otyła a jej wiek metaboliczny osiągnął koniec skali wieku ludzkiego. Prawie. Czyli nie dość że umrze to jeszcze w trumnie się nie zmieści.

Tak wynikało przynajmniej z wyników uzyskanych ze zdradliwego urządzenia. Puszkowa, co prawda, wiedziała do tej pory, że jej nadwaga w granicach kilku kilogramów się mieści i jakby tak dobrze się postarała, zgubiłaby je szybko. Wystarczyłoby do kawy dodać więcej mleka i zjeść z dwa jogurty i zajęcie na długie, jesienne wieczory w samotni intymnej Puszkowa miałaby zapewnione z optymistycznym efektem końcowym. Ale żeby takie informacje!

- I co z tym robimy? Bo coś musimy z panią zrobić, nieprawdaż?- fałszywe zadowolenie w głosie Wybitnej Konsultantki, nawet przez nią specjalnie nie ukrywane, zagotowało w Puszkowej resztę opanowania. ” Wytopić! ” pomyślała nawet, ale nic, czekała co będzie dalej.

A dalej była propozycja. Za drobne kilkaset złotych polskich miesięcznie Wybitna Konsultantka zobowiązała się Puszkową odchudzić, odmłodzić, nawodnić, odtłuścić, i właściwie wszystkie ” od” jakie sobie Puszkowa zażyczy. Musi się tylko Puszkowa u niej raz dziennie stawiać na wypicie koktajlu odchudzającego, codziennie zdawać relację co jadła,  dlaczego tak dużo i o której godzinie i właściwie spowiadać się z całego dnia, a za kilka miesięcy efekty będą takie że ho ho! I ma przyprowadzić męża, bo wiadomo: jak baba utyta to chłop cierpi i też za dużo żre. I ona, Wybitna Konsultantka, tego męża też odchudzi, też za kilkaset złotych miesięcznie a na dokładkę zmobilizuje go, tego męża, żeby Puszkowej pilnował, blokując jej dostęp nocą do lodówki.

- Bo wie pani! Ktoś musi panią dyscyplinować a ja już niejednego biznesmena odchudziłam!

I tu Puszkowej mało szlag nie trafił! Puszkowy jest akurat szczupły i wygląda świetnie, odchudzania w wykonaniu jakiejś francy nie potrzebuje, Puszkowa jakby tyłek podniosła znad komputera i trochę się więcej ruszała, też swój nadmiar zgubić łatwo by mogła, ale propozycja dyscyplinowania jej przez Puszkowego przekroczyła granice cierpliwości Puszkowej. Podliczyła w myślach kilkaset złotych razy dwa, które zaoszczędzi z usług Wybitnej Konsultantki nie korzystając, dołożyła do tego kasę zaoszczędzoną na zmniejszeniu wydatków żywnościowych i wyszło jej, że za dwa miesiące to ona na last minute na Kanarach będzie miała uzbierane. I to razem z Puszkowym. Szczupli i piękni.

- No to jak będzie? – oczekiwanie w glosie Wybitnej Konsultantki było równie nachalne jak nasz Lizus w drzwiach.

- Przemyślę i skontaktuję się telefonicznie…- powiedziała dyplomatycznie Puszkowa, podchodząc do drzwi. I ślad po niej zaginął…

No nie, przesadziłem. Jak pisałem wcześniej, wróciła potwornie wściekła do domu, przeprowadziła długą, wyczerpującą rozmowę z Rudą, uzgodniły, że  odchudzać się będą jednak na własną rękę i z koktajlu i porad Wybitnej konsultantki nie skorzystają. Trochę ta rozmowa Puszkową uspokoiła ale tylko trochę!

Tak więc mamy dzisiaj przechlapane! Puszkowa chodzi zła jak osa i lepiej z nią nie zaczynać! Może do jutra jej trochę przejdzie…

Na razie! Głęboko w szafie schowany i prawie niewidoczny, Wasz Futrzaty!

Jak Puszkowa w góry się wybrała…

Rozpoczynał się piękny, letni dzień w górskim kurorcie. Jak ostatnie kilka tygodni zresztą. Słońce przecudnie świeciło, poranna mgła unosząca się wdzięcznie na górskich halach znikała powoli, powietrze pachniało świeżością i przygodą. Na tarasie górskiego pensjonatu, z kawką w ręku, siedziała Puszkowa. I kombinowała jak nie iść w góry…

” Powiem, że mnie głowa boli…Nie, to już było. Albo że mam kaca. Nie, w to nikt nie uwierzy…Może noga, biodro albo ręka? Nic z tego. Bo jak mam się przyznać, że boję się wyciągu??!!!!!”

Wyciąg, kursujący na jedną z wyższych gór kurortu, pozwalał na dalsze piesze przemieszczanie się w kierunkach różnych i w tylko jednym przypadku następna trasa prowadziła pod górę. Kilka innych kierowało już tylko w dół, w tym jedna z dwoma pięknymi schroniskami. Jednym słowem luksus i pożądanie… Ale nie dla Puszkowej. Jej paniczny strach przed wysokością, szybkością, płaskością, głębokością i nurkowaniem był powszechnie znany, totalnie lekceważony i zwalany na karb babskich fanaberii. Puszkowa wyobraźnię miała bogatą niesłychanie i wizja spadającej jej, Puszkowej, z  wyciągu na zbity pysk i to bez makijażu, prześladowała ją od samego początku pobytu. Obleciała już wszystkie muzea, obdeptała wszystko co można było oblecieć na nogach nie wspinając się specjalnie, piękną zaporę z jeziorkiem odwiedziła już kilkakrotnie i nadszedł czas na partie wyższe kurortu. A do tego potrzebny był wyciąg…Można było, co prawda, na górną stację kolejki wejść, ale tego Puszkowa nie wyobrażała sobie nawet w najdzikszych przemyśleniach. Prawdopodobnie umarłaby po drodze, a jej szkielet znaleziono by po kilku latach, gdzieś w kąciku…

- Idziemy?- ponure przemyślenia Puszkowej przerwał raźny, radosny i pełen górskiego uwielbienia głos Młodzieży. Plecaczek miał spakowany, wyżebrana na urodziny lustrzanka połyskiwała groźnie obiektywem a na nastoletniej twarzy widniał zachwyt i harcerski entuzjazm.- Ruszmy się, ruszamy…. Nie siedzimy!!!

Poszli…

Wyciąg pozwalający bardziej poczuć górskie uwielbienie miał już swoją historię. Długą bardzo. Już Puszkowa, dziewczęciem będąc, wraz z klasą z podstawówki, wyciągiem tym wjeżdżała i doskonale pamiętała swoje nieudane wyjście na górnej stacji , kiedy to chcąc zaimponować górsko-wyciągowym obyciem, pomyliła zdecydowanie kierunek zejścia z wyciągu. To znaczy część Puszkowej poszła w dobrym kierunku, część została na wyciągu. Kolano trzeba było długo leczyć a zraniona duma osobista Puszkowej zraniona pozostawała przez te wszystkie lata. Nawet nikomu nie zaimponowała, gdyż klasa polazła nie oglądając się na Puszkową i tylko jej się opieprz od panów wyciągowych dostał. Tak więc widzicie, że Puszkowa mogła mieć złe wspomnienia i nie były one bezpodstawne…

Wyciąg prezentował się bez zmian. Nadal wsiadało się prawie w biegu, wpychanym głębiej przez pana z obsługi i zabezpieczało przed wypadnięciem wajchą, pomalowaną na milion różnych kolorów, sądząc po warstwach farb radośnie połyskujących w rożnych miejscach. Wajcha po każdym malowaniu grubsza była a jej pierwotna podstawa zespoliła się  prawdopodobnie z farbami na poziomie molekularnym. I tak od dziesięcioleci. Najważniejsze, że się sprawdzała…

Jak Puszkową jednak udało się upchnąć na dyndające krzesełko, wiedział tylko pan z obsługi. W każdym razie, w jakimś momencie Puszkowa stała, a w następnym już płynęła nad powierzchnią połonin czy czegoś tam zielonego, obok niej przepływały w ciszy i spokoju czubki potężnych świerków a przed sobą Puszkowa widziała drogę przez mękę w postaci 28 słupów podtrzymujących wyciąg. Przekonanie, że teraz już nadeszła jej ostatnia chwila gęstniało z każdym zbliżeniem się do słupa i lekko słabło, ale tylko lekko, w chwilach oddalania. Świeże powietrze cudnie pachniało, widoki wokół na pewno były piękne, z tyłu słychać było trzask migawki lustrzanki i głośne zachwyty Młodzieży, która złośliwie namawiała Puszkową do odwrócenia głowy tak jakby zmartwiała ze strachu Puszkowa mogła robić cokolwiek więcej niż układanie w myślach testamentu i oddychanie.

” Czekaj, smarkaczu! Wydziedziczę cie jak tylko wyjdę z tego żywa.” – takie i podobne myśli krążyły w głowie Puszkowej, która jednocześnie liczyła kolejne słupy doprowadzające do miejscu przyszłego wstydu i hańby czyli zejścia z wyciągu.

Powoli bo powoli krzesełko zbliżało się do górnej stacji . Jeszcze tylko ostatni słup, siatka zabezpieczająca, pan z aparatem pod hasłem : ” Uśmiechnij się, za ciężką kasę robię ci zdjęcie, roboty tej nie lubię ale muszę, więc poudawajmy że jest fajnie!” i nastąpił koniec jazdy. Pan z obsługi wydarł po prostu Puszkową ze skamieniałego przerażenia i krzesełka, odepchnął aby nie stała jak gęś na środku i nie tarasowała drogi wysiadającej Młodzieży i tadam!!! Puszkowa znalazła się w górach, prawdziwych i całkiem wysokich…Gdzieś w oddali przetoczyło się pierwsze uderzenie burzy…

Ponieważ co poniektórzy, nie wiem dlaczego, mają do mnie pretensje, że za dużo piszę i nie chce im się czytać, uprzejmie przerwę w tym momencie. Ale wrócę :)

Wasz Futrzaty :)

Wakacji wspomnień czar czyli Puszkowa i PKP…

Jak myślicie, że przygoda z pociągiem przed i po Targach Mody w wykonaniu Puszkowej była pierwszym zetknięciem face to face czyli pysk w pysk z PKP po latach niekorzystania to się mylicie. Nawet chciałem już o tym wcześniej napisać ale, jak wiecie, Puszkowa zabrała mi wszystko: wifi, laptop i swobodny dostęp do klawiatury. Moje cudne pomysły przeminęły i pewnie już nie wrócą, ale tak naprawdę to strata tylko dla Puszkowej. :). O sobie pamiętam wszystko i w odpowiednim czasie wykorzystam.

Jak już pisałem, pewnego, lipcowego czasu, Puszkowa pozbyła się Młodzieży wywożąc ją na nieplanowany obóz żeglarski i pozostawiając ją odłogiem na jakiś tydzień. W długie zimowe wieczory o wspomnianym obozie i pobycie tam Młodzieży jeszcze napiszę, ale teraz wdzięcznie przeskoczę ten temat i opowiem co było dalej czyli o tym jak Puszkowa w góry się z Młodzieżą wybrała. Pociągiem.

Co Puszkowej do głowy strzeliło, nie wiemy. Sensu to żadnego nie miało ale stało się. Zamiast jechać samochodem, Puszkowa postanowiła wspomóc wciąż tracący na popularności środek transportu i patriotycznie dać zarobić rodzimym kolejom państwowym wybierając w ramach wakacyjnej egzotyki pięciogodzinną podróż przez pola, lasy, wsie i góry. Tak naprawdę, do najbliższych gór mamy dwie spokojne godzinki jazdy autem, trzymając się przepisów ruchu drogowego odnośnie prędkości i z postojem na kawę po drodze. Ale Puszkowa uparła się. W góry jedzie, będzie chodzić po nich dniami i nocami niemalże, plecak weźmie, wygodne buty,  to grzechem byłoby tyłek wozić jak jakaś hrabina. Ma być siermiężnie, turystycznie, patriotycznie w stylu: Hej, przygodo, nadchodzę!!!

Mimo gorących protestów Młodzieży, zrobiła jak chciała. Nawet kanapki na drogę zabrała, słusznie przypuszczając, że z głodu mogą umrzeć gdzieś po drodze. Dowiezieni na dworzec samochodem( jednak !) przez tolerującego decyzję Puszkowej, choć wciąż zdziwionego Puszkowego, wsiedli do prawie punktualnie przybyłego pociągu i ruszyli.

Tak, to było bardzo ciekawe doświadczenie. Ta podróż.

Pierwsza godzina minęła w miarę spokojnie. Puszkowa wsadziła nos w książkę, Młodzież w smartfonowy internet, korzystając z wciąż istniejącego zasięgu, za oknem mijały różne miasteczka, w lipcowym słońcu skąpane, a pociąg jechał. Wolno co prawda i zatrzymując się mniej więcej co siedem minut na każdej stacyjce a po odstaniu drugich siedmiu minut ruszając dalej, ale egzotyka podróżna nie sprawiała specjalnych problemów. Może tylko zapach środka odkażającego z niedalekiego  kibelka coraz bardziej dawał się we znaki wrażliwemu noskowi Puszkowej, ale po otwarciu okna uciążliwość „zapachu” malała. Okno co prawda, samo się zamykało, czy ktoś chciał czy nie chciał, Puszkowa nawet przez chwilę pomyślała o jakimś niesłychanie skomplikowanym komputerze, który analizując powietrze napływające z wagonowego wc, automatycznie otwierał lub zamykał okno, ale jednak nie. Po zaklinowaniu okna butelką z wodą przestało ono na kibelek reagować.

A za oknem zmieniał się krajobraz. Płaskie tereny rolnicze ukochanego rejonu zamieszkania Puszkowej zamieniały się w pagórki a w oddali można było zauważyć zarys ukochanych gór Puszkowej, niezbyt wysokich i przez to niezbyt męczących. Takich w sam raz dla Puszkowej. Ludzi, co prawda przybyło, ale nadal miejsc siedzących było wystarczająco i nikt na jednej nodze w korytarzu nie stał. Młodzież, niestety, zasięg internetowy straciwszy, zaczęła nudzić się straszliwie ale Puszkowej żal jej nie było, bo Młodzież mając notoryczny książkowstręt, sama swojej nudzie winna była. Ludzi na stacyjkach przybywało, zapach ” PKP-WC NOIR” coraz bardziej dawał się we znaki, podobnie jak upał za oknem. Próba zasłonięcia okna z zaklinowaną butelką spełzła na niczym gdyż zasłonek lub czegokolwiek innego nie było. Puszkowa pomyślała z rozrzewnieniem o czasach, kiedy firmowe zasłony, lekko lecące papierosami z gustownym napisem „PKP” zasłaniały okna, ale kiedy to było… Czyli było duszno, gorąco i lekko … ” pachniało” :). Pociąg wjechał w pierwszą dolinę…

I stanął. Zapadła cisza. Za oknem coś świergoliło, szum  prawie już górskich świerków kołysał do snu a pociąg stał sobie w cudnych okolicznościach przyrody. Wszelki zasięg z telefonów znikł, tubylczych osad w zasięgu wzroku nie było i Puszkowa poczuła się przez chwilę jak amerykański pionier, z obawa tylko myśląc o Indianach. Ostatniego,co prawda, widziała tylko raz, jak na większej stacji przeleciał przez wagony wołając : ” Zimne piwo, zimne piwo” ale kto go tam wie? Może to był zwiadowca? Indiański? Czas płynął…

Na szczęście pociąg miał obsługę i to z dostępem do cywilizacji. Z krótkofalówki przebiegającego w pośpiechu kierownika pociągu, Puszkowa usłyszała : NIE MA NAPIĘCIA. MUSICIE CZEKAĆ!!! Więc czekali. Puszkowa z dumą pomyślała o swoim genialnym pomyśle zrobienia kanapek, nie wiadomo dlaczego, nie zżartych do tej pory przez Młodzież, butelka z wodą w oknie też należała do niej więc przeżyją. Hurra! A jednak jest egzotycznie! A czas płynął…

Po pierwszym kwadransie wszyscy w wagonie już się zaprzyjaźnili. Nikt nie był jeszcze na etapie aby z głodu pożądliwie patrzeć na co grubszego bliźniego, każdy coś tam na przegryzkę miał, a i pić było co, gdyż z usług Piwnego Indianina kilka osób jednak skorzystało a jeszcze nie wypiło. Puszkowa wreszcie zdobyła się na odwagę i w ramach kolejowej integracji wypytała sąsiadkę z naprzeciwka o jej przecudnej urody sweterek, otrzymując w zamian komplet informacji ze składem tkaniny, nazwą projektanta, ceną i namiarem na sprzedawcę. Przemiła PaniZNaprzeciwka zgodziła się nawet na sesję zdjęciową, z zakrytą co prawda głową, aby rozpoznana nie została. Puszkowa kilka zdjęć chętnie zrobiła, przysięgając sobie zresztą, że i tak ich nigdzie nie opublikuje, aby jej przyszły sweterek na starcie wykupiony nie został i tak sobie czas mijał w przemiłej atmosferze. W końcu pociąg ruszył…

Głównym miejsce docelowym było Dość Duże Miasto leżące u podnóża gór Puszkowej ukochanych. Stamtąd Puszkowa musiała się przesiąść na pociąg bardziej tubylczy, krążący wśród gór i dolin czyli na trasach krótkich, za to z widokami cudnymi. Puszkowa bilety na tenże pociąg miała, zakupiła je hurtem razem z innymi, otrzymując na dodatek zniżkę na małoletnią Młodzież. Tylko nikt jej nie uprzedził, ze nie ma takiego pociągu…

O pracach kolejowych przy przebudowie torów coś tam się Puszkowej o uszy obiło, ale wypytawszy panią z informacji w miejscu wyjazdu, otrzymała zapewnienie, że wszystko jest w porządku, nawet otwarcie z kwiatami i przecinaniem się odbyło i teraz można hulać sobie po torach ile się chce. A jednak była to tylko propaganda sukcesu… Torów nie było, pociągów też a o tym, że do górskiej miejscowości wakacyjnej trzeba dojechać na czterech kołach Puszkowa dowiedziała się już na dworcu Dość Dużego Miasta od kobitki, która maszerując krok w krok przy niej, powtarzała, ” Przewozy, przewozy…”. I tak w kółko. Puszkowa nawet zdziwiła się, że może istnieć taki objaw chorobowy, druga osoba powtarzająca w bez przerwy to samo wzbudziła w Puszkowej myśl o epidemii i dopiero kierownik pociągu, z którego wysiadła Puszkowa, wytłumaczył jej, że torów  nie ma i została wprowadzona Autobusowa Komunikacja Zastępcza PKP, widniejąca przed dworcem w postaci dość wiekowego autobusu. Zapytany o mamroczący objaw chorobowy, zaznaczył dosadnie, że jest to wredna, korzystająca na nieszczęściu PKP, konkurencja, która na pewno, wzorem zbójników z pobliskiego Zakrętu Śmierci, wywiezie, ograbi i do przepaści wrzuci. I nie ma co z niej korzystać bo na pewno w ich busach są pchły a kierowcy są pijani. A w ogóle, Puszkowa ma dojazd autobusem kolejowym w cenie biletów i co sobie będzie kosztów naddawać.

Nie miała. Okazało się, że kupiła bilet jednej spółki kolejowej a autobus należał do drugiej, zupełnie innej. Na szczęście pan Konduktor Autobusowy PKP okazał litość pachnącej PKP-WC NOIR i dogorywającej w coraz większym upale Puszkowej, pozwolił jechać jej i Młodzieży w autobusie, wygoniwszy wcześniej  jakąś parę, która głupio potraktowała tenże autobus jak zwykły PKS. Argument, że jest to jednak kolej czego może nie widać ale jest  a nie autobus rejsowy wywołał w nich taki popłoch i panikę, że czym prędzej zwiali do pobliskiego busa, tam gdzie pchły i rozbójnicy.

Po wymianie przez krótkofalówki z drugim autobusem kolejowym uprzejmości w stylu ” Ja, Wołga, ja Wołga, słyszycie mnie?” i odpowiedzi: ” Odłamkowym ładuj!!!” – jak to zrozumiała Puszkowa, autobusy ruszyły. W lasy, knieje i szczyty….

Puszkowa oczywiście dotarła, Młodzież kanapek w końcu nie zżarła i trzeba było wyrzucić, zapach PKP-WC NOIR w końcu, po trzecim myciu, z włosów Puszkowej znikł i resztę czasu w górach Puszkowa spędziła miło i przyjemnie. I z przygodami oczywiście, bo przy szczęściu Puszkowej, nic nie może odbyć się normalnie. Ale o tym kiedy indziej…

Wiem, wiem. Znów się rozpisałem. Ale wtórny analfabetyzm w ludzkości zaczyna się rozwijać a ja jestem stworzony do ratowania świata.

Wasz Supercat Futrzaty :)

 

 

 

 

 

 

-

Wielkiego Świata ciąg dalszy czyli ciuchowy zawrót głowy :)

Na czym to wczoraj skończyłem? Od tych wszystkich wpisów pochwalnych, uwielbiających mój dowcip, lekkie pióro i urok osobisty, tak mi się w mojej futrzatej głowie zakręciło, że nawet przez moment pomyślałem, żeby skupić się na własnych przeżyciach i przemyśleniach a Puszkowa niech swój własny blog prowadzi. Ale ponieważ dałem słowo, że opowiem co było dalej, temat mojego życia osobistego na blogu uważam za otwarty i niech no tylko Puszkowa skończy różne głupoty wyczyniać a na pewno zacznę pisać tylko o sobie. Na pewno będzie bardziej wytwornie a i wstyd do przyznania się bycia kotem Puszkowej mniejszy :)

Czyli przyjechały, wlazły, nakłamały i się dostały. Tak w skrócie można przedstawić część pierwszą opowieści o pobycie na niesłychanie eleganckiej imprezie wystawienniczej Puszkowej i jej przyjaciółek: Rudej i Szalonej Księgowej. Teraz ciąg dalszy…

Po przejściu przez bramkę, prawie bez potknięć,może tylko z małymi problemami, jak włożyć bilet i zdążyć przejść, co nagminnie przydarza się Puszkowej, otworzyły się bramy niebios… . Tak przynajmniej odebrała to nasza znajoma brygada pracy socjalistycznej. Hala targowa była wielka i wypełniona dobrami wszelakimi. Butów jakieś cztery miliony par, torebek drugie tyle, kapelusze, szale, rękawiczki i mnóstwo innych kompletnie nieprzydatnych według mnie elementów zaśmiecających czystą i jasną płaszczyznę wystawienniczą. To tylko w pierwszej hali. W drugiej były równie nikomu niepotrzebne rzędy sukien, bluzek i innych takich tam, bez których można spokojnie żyć ale podobno są niezbędne. Na poprawę humoru czy jakoś tak. Mają być i tyle. Wszystko można było dotykać, przymierzać, dopasowywać. Raj prawdziwy! Raz tylko Puszkową lekko wstrząsnął i humor popsuł Pan Wystawca, który na jej widok natychmiast zaproponował bieliznę wyszczuplającą. Potem gęsto tłumaczył się, że chciał być elegancki a Puszkowa wraz z Szaloną Ekipą wyglądała na osobę mocno rzutką i majętną, która na widok wystawianych przez Pana Wystawcę gaci zamówi całą produkcję na pięć lat do przodu, ale Puszkowej to tłumaczenie nie ugłaskało i od tej chwili starannie omijała wszelkie stoiska przy których mógł ją spotkać podobny afront. Dosyć sporo tego było…

I tak sobie łaziły, przymierzały ale ile można? Wystawców mnóstwo, ludności zwiedzającej mało, ilość wizytówek firm mających nadzieję na biznes życia zwiększała się z każdym stoiskiem a darmowe gadżety zaczęły zwiększać swą wagę. Nawet szumnie zapowiadane pokazy najnowszych kolekcji okazały się dość miernym widowiskiem artystycznym, mimo miejsc w pierwszym rzędzie co było nawet interesujące, gdyż wyraźniej było widać szczegóły, nie zawsze podnoszące rangę wydarzenia. Szalona Księgowa z zapamiętaniem liczyła dyndające przy modelkach metki pokazywanych ciuchów, Ruda jako przyszła menedżerka firmy zaczęła wszystko ze znawstwem krytykować a Puszkowa wciąż rozpamiętywała bieliznę wyszczuplającą zaproponowaną jej szczerze i bez wyczucia. Dopiero przemiły chłopak z zapamiętaniem wycierający podest dla modelek odwrócił uwagę Puszkowej od jej prywatnego nieszczęścia. Wycierał go po każdym przejściu dziewczyn i Puszkowa, mimo jako takiego obycia w świecie mody, zaczęła zwracać wreszcie uwagę na coś innego niż jej obwód w tych kilku jej taliach. Podest był biały i widać było na nim każdy ślad, ale latanie z mopem co kilka minut nie było czynnością rutynową na takich imprezach.

- A ty co? Ślepa jesteś? – kulturalnie zapytała Ruda, widząc zainteresowanie Puszkowej mopem i odwracając uwagę Szalonej Księgowej od liczenia.- Kapie. Wszędzie kapie. Będzie mokro, wyrżną się i po pokazie.- dodała z troską, jak prawdziwa menedżerka.

Rzeczywiście, kapało. Z przeszklonego dachu kapało wszędzie. Na podest, na donice z kwiatami, co akurat nie było złe, na ekspres z kiepską kawą… Na nasze gwiazdy mody jeszcze nie nakapało ale był to sygnał do pożegnania imprezy. Biedni wystawcy nie mieli takiego szczęścia…

I zaczęła się droga powrotna- przez nieszczęsne bramki. Niby w drugą stronę się otwierały bez biletu ale jakim cudem Puszkowa znów się w nich klinowała, wie tylko ona i te bramki. Nie zdemolowała żadnej ale panowie przy bramkach pożegnali ją szczerze i z uśmiechem szczęścia, że już przelazła i nie wróci.

Dalsza trasa dyrekcji prężnej i niesłychanie modnej firmy odzieżowej wiodła przez: kilka punktów z niesłychanie niezdrowym i nie polecanym przez dietetyków jedzonkiem, kilka punktów z płatną i pyszną kawą i kilka sklepów z wyprzedażami, na punkcie których nasze gwiazdy prowincji oszalały i wydawszy całą kasę oszczędzoną na biletach wstępu, obładowane dotarły do pociągu powrotnego. Rozsiadły się i szczęśliwe choć zmęczone zaczęły rozpamiętywać mijający dzień. Do chwili gdy pociąg ruszył.

To była terapia wstrząsowa! Nawet bardzo wstrząsowa. Pociąg jechał niby wzdłuż a tak jakby w poprzek i z przerażającą regularnością wstrząsał wszystkim i wszystkimi w rytm tegoż że ” podłużnego poprzeku”.

- Na kole siedzimy! – ze znawstwem, z racji pełnionego w firmie stanowiska, orzekła Ruda. – I dlatego trzęsie!

Ponieważ i tak żadna z pań na tym się nie znała, objaśnienie zostało przyjęte ze zrozumieniem i wstrząsy stały się tak jakby bardziej zrozumiałe empirycznie, co nie znaczyło, że zmalały. Tak więc zapadła cisza… Tylko śliczne trzy główki dygotały we wspólnym rytmie. No i talie Puszkowej.

- Bilety do szczegółowej kontroli proszę! – wstrząsaną wstrząsami ciszę przerwał suchy, zimny głos należący do równie wysuszonego i skrzywionego Głównego Kontrolera. ” Nie dziwię się, ze tak się zachowuje, po takiej jeździe też miałabym żal do życia” pomyślała Puszkowa litościwie i spokojnie czekała na skasowanie wspólnego biletu, kupionego on-line przez Rudą. Ale nie, to byłoby za proste!

- NIECH OSOBA, KTÓRA DOKONAŁA ZAKUPU, SIE WYLEGITYMUJE!!!- zimny głos przebił się nawet przez otępienie wywołane ” podłużnym poprzekiem”.

„Rany boskie, co ta Ruda wykombinowała? Co ona wpisała na ten bilet, wycieczkę przedszkolną czy co? Oszczędzać trzeba, ale przecież zrzucałyśmy się wszystkie i jakoś normalnie było? Matko jedyna, gdzie ja schowałam moją szkolną legitymację?!!!!”- rozstrój myślowy Puszkowej pogłębiał się z każdym wstrząsem i każdą mijającą minutą. Niepotrzebnie. Osoba, która dokonała zakupu ” sie” wylegitymowała i Główny Kontroler poszedł wreszcie. Puszkowa przypomniała sobie, że szkołę skończyła wiele, wiele lat temu a legitymacji emeryckiej jeszcze nie ma, bilet był jak najbardziej prawidłowy i tylko nieufność Głównego Kontrolera do internetu spowodowała jego niechęć do podróżniczek i nic takiego się nie wydarzyło. Czyli życie jest piękne :)

I byłoby nadal wstrząsowo miło, gdyby twarde siedzenie nie zaczęło Puszkowej uwierać w jej własne siedzenie. Siedzenie ma akurat dosyć kościste, a zjeżdżanie na tyłku po schodach w dzieciństwie też zostawiło swe ślady. W każdym razie oprócz bólu trzęsącej się głowy, doszedł ból punktu początkowego kręgosłupa i Puszkowa zaczęła się wiercić niespokojnie. A pociąg jechał i jechał…

-Przestań się tak kręcić bo za chwilę wywiercisz dziurę w siedzeniu i będziemy musiały płacić za szkody! – Szalona Księgowa z racji zawodu , pilnowała kosztów i nie pozwalała na zbytnie szaleństwa.- PKP będziemy musiały zapłacić!

I w tym momencie przez wstrząsy przebił się głośny trzask. Nie był to dźwięk rozdzieranego przez wiercącą się Puszkową siedzenia z pluszu z eleganckim napisem PKP. To nie był dźwięk rozrywanej na strzępy przez Rudą kartki A-4 z wydrukowanym biletem on-line. To Szalona Księgowa, siedząc ze zdumiona miną, trzymała w ręku świeżo oderwany kawał fotela wagonowego. Całe oparcie na łokieć tkwiło sobie samotnie w ręce byłej a jeszcze niedoszłej Głównej Projektantki przyszłej słynnej firmy odzieżowej. Szalona Księgowa zdemolowała pociąg!!! Na trzeźwo i bez powodu.

To co działo się potem wiem tylko z, okupionego rozmazanym od łez uciechy tuszem do rzęs, opowiadania  Puszkowej. Całe szczęście, że w wagonie nie było już nikogo innego jak tylko trzy oszalałe ze śmiechu gwiazdy prowincji. Płaczą ze śmiechu z tego do dzisiaj a równocześnie z obawą. W końcu zostały wylegitymowane i lata miną ale PKP dojdzie, kto w przypływie szaleństwa zdemolował fotel w pięknym wagonie drugiej klasy. I jednak trzeba będzie zapłacić!!! Tak to jest jak prowincja do wielkiego miasta się wybiera. Na drugi raz pojadą furmanką! Najwyżej obrok koniowi zeżrą!

I tym mało tolerancyjnym dla wandali akcentem, kończę na dzisiaj.

Pozdrawiam. Futrzaty.

Do wielbicieli ( inni niech nie czytają) : jaki okres mojego życia interesowałby Was najbardziej?

 

 

 

 

 

Jak Puszkowa na Targi Mody się wybrała…

Lało i lało… Wiało, lało i tak na zmianę jak to we wrześniu. Na peronie dworca kolejowego Wielkiego Miasta zatrzymał się pociąg z Prowincji. Wysiadły z niego trzy hoże dziewoje…

Dobra, chciałem zacząć tak jakoś bardziej literacko ale przyznaję się, z tymi dziewojami to przesadziłem. Bo to tylko Puszkowa była i jej dwie przyjaciółki: Ruda i Szalona Księgowa. Taki trójkątny tandem czy jakoś tak.

O przyjaciółkach Puszkowej do tej pory nie pisałem – wystarczy mi jedna Puszkowa na głowie- ale są! Podobno przyjaźnią się od czasu dłuższego niż istnieję ja, w co zresztą nie wierzę, jak i w to że cokolwiek istniało przede mną, faktem jednak jest, że są, spotykają się często i nie wytrzymują bez siebie zbyt długo, bo jak zrozumieć to, że w dzień widzą się po kilka godzin a wieczorem siedzą na czacie i piszą do siebie, tak jakby do następnego dnia nie mogły poczekać. O czym piszą, nie podglądam – w końcu trudno z tarasu dojrzeć cokolwiek w domu a Puszkowej nadal nie przyszło do głowy, żeby wreszcie oddać mi mój dom, fotel i lodówkę, ale o tym, że postanowiły w trójkę wybrać się na pokazy z okazji Targów Mody, wiedziałem. Podsłuchałem po prostu. Muszę być czujny bo mam plan wdarcia się do domu podczas nieobecności Puszkowej i przykucia się do kaloryfera obok lodówki na cały okres zimowy ale tym razem się jeszcze nie udało… Za to wieczorem podsłuchałem, co było dalej.

Wysiadły, opite kawą, która Szalona Księgowa zaserwowała w wagonie drugiej klasy w przyniesionych przez siebie trzech, różnych kolorystycznie termosach, po jednym dla każdej z nich i objedzone dwoma małymi batonikami, uczciwie dzielonymi na trzy części każdy. Wysiadły, rozejrzały się po burym niebie kapiącym burym deszczem, wciągnęły w swe nie skażone spalinami prowincjonalne płuca powietrze wielkiego miasta i ruszyły w wielki świat. Wielki świat trochę brudnawy był zresztą bo spaliny i deszcz wymieszały się, tworząc całkiem pokaźne błotko ale nasze dziewczyny szybko i zdecydowanie dotarły do nieodległych hal targowych, wiedząc, że będzie jasno, czysto, gwarno i niesłychanie światowo.High life po prostu !

Jasno było. Czysto też. Tylko tak trochę pustawo… Zamiast kłębiącego się tłumu widzów, gapiów, paparazzi, sławnych modelek i projektantów, po wielkiej, jasnej i pustej hali hulał wiatr i miły pan z informacji. Pan zresztą nie hulał za bardzo bo mocno emerytowany był ale miło i sympatycznie poinformował, że aby wejść trzeba się zarejestrować jako firma lub kupić bilety wstępu na całe trzy dni. Koszt biletu wstępu na osobę lekko ściął z nóg wszystkie trzy nasze przyszłe gwiazdy mody, namiotów zresztą ani śpiworów ze sobą nie zabrały tak aby całe trzy dni gdzieś w kąciku przeczekać, kawa z termosów wypita została już w pociągu, batoników też już nie było, została więc rejestracja. Po uzgodnieniu wersji i wyregulowaniu zegarków, ruszyły do rejestracji…

- Proszę podać nazwę firmy! – groźnie powiedziało dziewczę w punkcie rejestracji. Długie paznokcie w kolorze żuławskiego czarnoziemu zawisły nad klawiaturą, czekając tylko na to, aby złapać Puszkową na próbie wdarcia się na bardzo ekskluzywną imprezę tylko dla wybrańców. Ale Puszkowa nie dała się !!! Podając nazwę firmy, podziękowała tylko w myślach samej sobie za pomysł niedawnej zmiany na bardziej enigmatyczną, brzmiącą światowo i kojarzącej się z niczym. Nawet sprawdziła w wyszukiwarce czy ktoś taką nazwę ma i cud!!! Na całym, zarejestrowanym w internecie świecie jest tylko jedna jedyna taka nazwa i jest to właśnie firma Puszkowej. Czyli jedyna taka firma w Galaktyce i Drodze Mlecznej….

- A panie to kto?-  Po sprawdzeniu Puszkowej Czarnoziem Żuławski stał się jeszcze bardziej dociekliwy, ściągając Puszkową z Drogi Mlecznej i wywołując lekki popłoch, gdyż widok paznokci  tak wszystkie rozproszył, ze uzgodnioną wersję szlag trafił i żadna przypomnieć sobie nie mogła co sobą reprezentuje. ” Brygada pracy socjalistycznej” pomyślała nawet złośliwie Puszkowa, ale dziewczę za młode było aby zrozumieć kontekst i na wszelki wypadek mogło się obrazić.

- Projektantka i menedżerka firmy. – Puszkowa postanowiła ratować sytuację, modląc się aby pozostały trzon firmy się nie odzywał, bo znał go czyli je wystarczająco długo i widział, co w spojrzeniach pęcznieje.

- Proszę o wypełnienie ankiet! – Czarnoziem nie wyczuł napięcia i po sprawdzeniu, ze owszem, taka firma istnieje i zakres działalności, pozwalający na wejście na hale targowe za darmo posiada, rozdał ankiety. Nie sprawdził, co prawda, że zakres pozwala również na budowę łodzi motorowych i statków dalekomorskich, wpisanych omyłkowo w rejestr działalności, ale od czego są następne Targi? Będzie jak znalazł…

- Co mam wpisać w rubryce ” wykonywana w firmie funkcja” ? Projektantka czy Główna Projektantka? – zapytała Szalona Księgowa, przypominając sobie uzgodnioną wcześniej wersję i wypełniając kolejne rubryki. Pytanie zabrzmiało bardzo profesjonalnie ale wcale nie poprawiło humoru pozostałej dwójki męczącej się z własnymi ankietami.

- Wpisz: Technik Powierzchni Płaskich czyli sprzątaczka!- powiedziała zjadliwie Ruda, wyszukując w smartfonowym słowniku prawidłowej pisowni pełnionej przez nią funkcji. Wersja polska ze względu na światowość imprezy nie wchodziła w grę a pomyłka pisowni oryginalnej mocno umniejszyłaby ważność Rudej w firmie. Czarnoziem Żuławski bacznie zresztą obserwował wypełnianie ankiet, na szczęście muzyka z hali skutecznie zagłuszała „profesjonalne ” uwagi piszących i można je było wziąć z oddali za dyskusję o kierunku rozwoju  przemysłu odzieżowego i troskę o rynki zbytu w naszym kraju.

Ankiety zostały wreszcie wypełnione, sprawdzone i zaakceptowane, Właścicielka, Główna Projektantka i Menedżerka dostały swoje własne, darmowe bilety wstępu, podeszły do elektronicznych bramek ( a jak!!!) i weszły….

I jutro opowiem, co było dalej i jak Szalona Księgowa pociąg zepsuła….

Dobranoc wszystkim :). Futrzaty