Chcieć to móc czyli jak Puszkowa Młodzieży się pozbyła…

Mijał kolejny dzień po powrocie na ojczyzny łono.

Sterta prasowania nie malała, Młodzież marudziła a Puszkowa dostawała kota. No, takiego psychicznego. Prawdziwego, pięknego i mądrego już ma. Mnie.

Pogoda za oknem trwała w zaparte. Sucho, gorąco, słonecznie i nic nie zapowiadało zmiany na najbliższe siedemnaście i pół roku. Wszystko schło za wyjątkiem ostów i pokrzyw. Nawet ukochane zajęcie Puszkowej czyli koszenie trawy nie miało sensu bo było za gorąco. A Młodzież się nudziła, nudziła, nudziła…. To wlazła w internet, to wlazła w grę, to coś zjadła, to pomarudziła, ze życie ma ciężkie i do kitu, bo te Bay-rany jednak prawdziwe nie są i jakby tak z pięćdziesiąt złotych swoich dołożył a Puszkowa resztę, to on by nawet się na prawdziwe zgodził. Puszkowa powoli szału dostawała.

- A co chciałbyś robić w te wakacje zamiast mi tu truć ? – pytanie było rzeczowe i nie pozbawione złośliwości.

- Żeglować. Na przykład jachtem.- odpowiedź Młodzieży była co najmniej niespodziewana.

Puszkową z lekka przytkało na chwilę. Co jak co, ale jachtu z Młodzieżą do tej pory nie kojarzyła. Siedzenie na łódce z widokiem na zachód słońca w ramach zwiewania przed nurkowaniem było wszystkim co Młodzież z jachtami dotychczas miała wspólnego. No, chyba żeby liczyć rejs statkiem pirackim na Morzu Ukochanym kilka wakacji temu. Było świetnie, nie huśtało, piękny, tubylczy zachód słońca wcale nie był gorszy od zagranicznego, tylko ryczący dowcipami pan wodzirej raczej do tej scenerii mórz i oceanów nie pasował. Puszkowa myślała nawet, żeby wyrzucić go za burtę, ale sądząc po minie wspomnianego, też nie podobało mu się to co mówi. Puszkowej żal się go zrobiło, bo ona ze statku zejdzie a on zostanie i odpuściła. A tu teraz taka niespodzianka i to we własnym domu…

- A co Cię z tym żeglowaniem napadło? – pytanie Puszkowej miało na celu wywleczenie na światło słoneczne jakiejś straszliwej tajemnicy, tkwiącej w Młodzieży, o której Puszkowa nie miała pojęcia. Odpowiedź ścięła ja z nóg.

I tu powinienem przerwać do następnego odcinka…. No, nie będę taki :)

- Bo mi się nudzi…

O żesz ty!!! Puszkowej, obstrzyżone zbyt krótko przed wyjazdem, włosy dęba stanęły. To ona tu na łbie staje, aby mu wakacje urozmaicić, jakieś morza i góry wymyśla a ten sam nie wie czego chce? Po chlebek rano zapycha świtem bladym, pączki z bitą śmietaną kupuje, obiady gotuje i to z kompotem, żeby kruszynce w gardle nie zaschło a ten się nudzi? No to czekaj, ty małpo zielona!

Po cowieczornej akcji wywalania Młodzieży do spania o jakiejś w miarę normalnej godzinie, czyli koło północy, plan zemsty zaczął się powolutku krystalizować. Od czego jest internet? To nic, że Puszkowa ze zmęczenia i niewyspania rzęsami się podpierała, ryjąc nosem w laptopie. Mówisz- masz !!!

Ciężka, nocna praca Puszkowej dała efekty. Kilka telefonów rano te efekty wzmocniło. I proszę bardzo : chciałeś po tych morzach i oceanach to już masz załatwione!!!

- Wstawaj, jedziesz na obóz!!!- Puszkowa mściwie potrząsała Młodzieżą już o siódmej rano.- Żeglarski!!! Wyjazd za godzinę!

Młodzież myślała, ze śni jeszcze. Nie przekonała jej starannie spakowana torba, kalosze i sztormiak na torbie leżące. No, sztormiak mocno powiedziane. Gumowa, nieprzemakalna kurtka, kupiona kiedyś przez Puszkową i nigdy nie używana. W każdym razie wszystko stało gotowe do wyjazdu. Za wyjątkiem Młodzieży. Też stała ale taka spłoszona lekko…

No i Młodzież pojechała. Puszkowa osobiście ją odwiozła i przypilnowała, żeby z powrotem do samochodu cichcem przez bagażnik się nie wczołgał. Ostatnim widokiem jaki ją żegnał był widok mocno oszołomionej Młodzieży, stojącej w swoich zielono- błękitnych Bay-Ranach na tle wielkiego, sfatygowanego namiotu z łóżkami polowymi. A w tle białe żagle…

Młodzież zadzwoniła wieczorem. Zachwycona!!! Nieważne, że następne ładowanie telefonu przypadało według grafiku czyli za trzy dni. Nieważne, że Młodzież  na łóżku polowym spała w śpiworze. Morza i oceany okazały się być tak płytkim jeziorem, że nawet na brzegu stały tablice ostrzegawcze, żeby nie skakać bo płytko. Ale żaglówki były i Młodzież nawet o patencie żeglarskim myśleć zaczęła.

Najważniejsze, że się nie nudzi.

A wiecie co najbardziej urzekło Puszkową w programie obozu? POBUDKA: 6.45 !!!!

Och, dobrze, że ja tak szybko wstawać nie muszę. Tylko Puszkowej muszę zwrócić uwagę, że jak ona wstaje, ma się tak nie tłuc, bo mi przeszkadza.

Wasz wyspany i zawsze piękny Futrzaty !

 

 

Trochę kulinarnie czyli jak znów przytyć…

- Co dzisiaj na śniadanie ?- zapytała Młodzież wyłażąc z pieczary zwanej pokojem Młodzieży i rozglądając się wokół nieprzytomnie, zaspanie i bez zrozumienia.

Zbliżała się godzina dziesiąta rano. Jak na Puszkową – późno, jak na Młodzież skoro świt a nawet w środku nocy. Trzecia kawa Puszkowej dawno minęła, wiadomości wszystkie zostały wyczytane i czas było coś zrobić. Oczywiście dotyczyło to tylko Puszkowej, bo Młodzież przecież miała wakacje.

Wakacje to jest takie coś co wszystkich denerwuje. Najpierw wszyscy czekają, odliczają dni do rozpoczęcia a jak już się zaczną nie wiadomo co z nadmiarem tego szczęścia robić. Obecne babcie, zamiast klęczeć z różańcem a w przerwach truć wnukom o tym jakie to kiedyś były piękne czasy a młodzież grzeczna i wychowana, latają po siłowniach, koleżankach, wyprzedażach i różnych innych zumbach, często jeszcze pracują na dokładkę  i na zajmowanie się wnukami 24/h niespecjalnie mają czas i chęci. Rodzice również pracują i urlop tak naprawdę też im się należy. I dlatego wakacje koniecznie trzeba zorganizować i to jak najwcześniej, aby dzieciaki nie leżały odłogiem i na złą stronę Mocy nie przeszły.

Puszkowa organizuje wakacje letnie już od grudnia. Luty to tzw. ostatni dzwonek bo Puszkowa lubi mieć wszystko poukładane, w kalendarzu zapisane i zapomniane do wyjazdu. Ale wyjazd już się odbył i teraz Puszkowa miała na głowie opaloną ale niezmiernie nudzącą się Młodzież.

- No to co na to śniadanie?- rozmyślania Puszkowej o własnej doskonałości w organizacji i poukładaniu wszystkiego w życiu, poza olbrzymią stertą do prasowania, zasłaniającą Puszkowej horyzont, przerwał głos Młodzieży. Kwilenia piskląt nie przypominał. Raczej głos kormorana nigdy nie najedzonego i z paszczą zawsze otwartą. Młodzież właśnie na takim etapie dorastania się znajdowała. Zawsze głodna, zawsze było za mało i ze zbyt długimi przerwami pomiędzy.

- Naleśniki! – warknęła Puszkowa, wciąż patrząca na stertę do wyprasowania. Sterta rosła w jej oczach i rosła. Na dokładkę Puszkowa dojrzała w tejże stercie co najmniej trzy prześcieradła z gumką, o których zapomniała przed wyjazdem. Szczyt nieprasowalności zajmowały u Puszkowej właśnie owe prześcieradła i szczerze ich cierpiała.

- Nienawidzę naleśników!!!- Młodzież otrząsnęła się z obrzydzeniem. Podobnie jak Puszkowa miał szczerą awersję do jakiegokolwiek słodkiego jedzenia w postaci innej niż desery. Ale Puszkowa nie była dzisiaj w nastroju do wysłuchiwania stanów emocjonalnych Młodzieży.

- Siadaj, czekaj i lepiej się nie odzywaj! A spróbuj nie zjeść!!!- widok prześcieradeł coraz bardziej denerwował Puszkową. Wzięła się więc za naleśniki. I tu będzie przepis :

Jajko, szklanka mąki, woda, sól, pieprz i czosnek granulowany do miski, porządnie wymieszać tak aby było bardzo, bardzo gęste ciasto naleśnikowe. Wylać na patelnię i smażyć tylko na jednej stronie. Resztki żółtego sera, którego na pewno każdy ma i nie ma zielonego pojęcia co z tym zrobić, zetrzeć na grubej tarce. Przesypać na środek smażącego się naleśnika, naleśnik złożyć na pół, widelcem połączyć brzegi naleśnika i podsmażyć jeszcze chwilę z dwóch stron. Wyłożyć na talerz i polać tak troszeczkę ketchupem. Albo tak jak Młodzież, jeść z chińskim sosem chili słodko- kwaśnym. Ale Młodzież, oprócz herbaty, wszystko tym sosem polewa, więc nic dziwnego, że Puszkowa wspomniany sos miała zawsze. I tak właśnie podała. Na kulturalne posypanie naleśnika zieloną pietruszką nawet się nie odważyła, bo wiadomo, Młodzież nie królik, zielonego nie tyka. I wzięła się za drugi.

Ciasto to samo, ale na środek nakładamy podsmażoną kiełbaskę, cebulę, mogą być pieczarki, salami, papryka, śledzie… Nie, śledzie nie :). Wszystko znów posypujemy startym serem. Taki zestaw pizzowy. Składamy na pół i podsmażamy. Podajemy tak samo jak poprzednio.

Och, jak Młodzież młóciła. Nawet przez 10 minut cisza była, co dało Puszkowej możliwość odpoczynku od „genialnych” wypowiedzi  Dorastającego Marudzenia.

Dorastające Marudzenie wszystko zżarło, nawet talerz po sobie sprzątnęło i westchnęło:

- To co na obiad?

 

I tu muszę na Puszkową naskarżyć! Po pierwsze : tak, zjadłem resztę startego sera, który został na talerzu bo Puszkowa go nie użyła. Ja go użyłem i nawet się poświęciłem bo był sam i bez kiełbaski. Mnie naleśnika to nikt nie dał! A po drugie: Puszkowa wcale ale to wcale o tych prześcieradłach nie zapomniała! Upchnęła je głęboko przed wyjazdem żeby tylko na nie nie patrzeć i nie prasować. I to jest jej organizacja pracy!!!!!

Rozżalony Futrzaty.

Wiecie, jak się na mnie wydarła za ten ser? A czy ona wie ile to kalorii?

Koniec świata czyli jak Puszkowa o zmianę grawitacji się otarła…

Była sobie Puszkowa. I była sobie łazienka. A w łazience waga… I kusiła.

Złośliwie stała na środku łazienki tak jakby specjalnie Puszkowej pod nogi właziła.Nie przeszkadzało jej, że wokół piętrzyły się sterty ciuchów do prania, kosmetyki wywalone z woreczków i wszechobecny bałagan. Nie przeszkadzała jej nawet Puszkowa, próbująca po przyjeździe wszystko jakoś ogarnąć z różnym skutkiem zresztą. Nic już nie szumiało, nie falowało lazurowo ani nie świeciło blaskiem cykającego popołudnia. Z cykad Puszkowa widziała tylko wielkiego pająka w kącie łazienki.

” Musiał urosnąć przez te kilka dni, jak mnie nie było, skubany” – pomyślała życzliwie ale znów jej wzrok uciekł w stronę wagi.

” Na pewno schudłam!!!” – pomyślała. Do tej pory jakoś udawało jej się zwalczyć pokusę ale chęć poznania optymistycznej prawdy wygrała i Puszkowa wreszcie na wagę wlazła.

Nie był to dobry pomysł. Wskazówka niebezpiecznie wychyliła się w prawo osiągając wynik wcześniej niespotykany a uzmysławiający Puszkowej ilość pożartych w kraju wakacyjnym kalorii.

” To na pewno ta oliwa…” pomyślała przerażona przeszukując pamięć i omijając szerokim łukiem wspomnienie o stercie miodowych ciasteczek, ociekających masłem i codziennie wciąganych gastronomicznie w ramach degustacji lokalnych przysmaków. Szerokim łukiem ominęła również pamięć przepysznej grillowanej fety z ziołami, pomidorami, papryką, ociekającej oliwą… Mmmm, pychotka. Albo te kalmary na głębokim tłuszczu smażone…..

” Pewnie ośmiornice były za grube. Tak,to jest to!”

I stałaby Puszkowa pewnie dłużej, pogrążona w rozpaczy, gdyby do łazienki nie wlazła Młodzież, dokładając swoją stertę do prania.

-O, waga! – zdziwiła się Młodzież, tak jakby wspomnianego przedmiotu nigdy w życiu nie widziała. – To mamy wagę? – uradowała się niezbyt mądrze.

- Proszę ciebie ja bardzo! – powiedziała złośliwie Puszkowa ustępując miejsca.- Chyba jest zepsuta…

Młodzież skwapliwie skorzystała z propozycji. Po chwili na jej opalonej i złośliwie uśmiechniętej twarzy ( pewnie widziała wynik Puszkowej) pojawił się jeszcze szerszy uśmiech:

- Przytyłem pięć kilo!!! – zadowolenie w głosie Młodzieży przerwało zrozpaczone myśli Puszkowej.

Bo Młodzież jak to młodzież kompleksy ma. Tu pryszcz, to włosy nie takie a tu waga za niska. Młodzież wielka jest, chuda straszliwie i w komplecie z Puszkową przypominają figury z gabinetu śmiesznych luster. Średnia arytmetyczna z wagi obojga byłaby idealna dla każdego na razie jednak kilogramy rozkładały się niesprawiedliwie dla obu stron, o wzroście nawet nie wspominając. Ale wynik Młodzieży lekko zaciekawił Puszkową.

- No popatrz, ja też przytyłam pięć kilogramów. Czyli coś jest z tą wagą nie tak!.

I nastąpiło ogólne powtórne ważenie. Zgadzało się: każdy przybrał równe pięć kilogramów. Nie mógł to być przypadek!

Puszkowa myślała, myślała aż ja oświeciło: przebiegunowanie !!! Koniec świata, znaczy się, który to miał być w 2012 roku i jakoś nie doszedł do skutku. I teraz dochodzi. Nie na darmo „jasnowidze różne” od kilku lat już krakały, że koniec znanej nam cywilizacji nadchodzi. Potem, co prawda, już tylko będzie lepiej, ludność zamiast tłuc się czym popadnie i kogo popadnie, będzie w białych szatach się błąkać, na lutniach miłość bliźniego wygrywać i sonety starogreckie recytować, odżywiając się tylko energią słoneczną i kibelków nie używając, na razie jednak było jak było. Ale nadzieja pojawiła się!!!

Przebiegunowanie nadchodzi i wzrasta grawitacja. Proste? Proste! Czyli to nie obżeranie się specjałami kraju wakacyjnego tak natłuściło Puszkową i dodało kilka bardzo malutkich kilogramów Młodzieży. To waga pokazuje inaczej. To nadchodzi KONIEC  ŚWIATA!!!

- No to co? Po lodzie? Mamy czekoladowe z bitą śmietaną w lodówce…- zaproponowała Puszkowa w ogóle już nie przejmując się ilością kilograma w kilogramie. Bo Puszkowa nie wie za bardzo jak jej w białych szatach będzie ale wiadomo, że na pewno będzie szczuplejsza. Widział kto kiedy grubego anioła?

Ja też zresztą na te lody się załapałem. Mówiłem już, że lubię lody?

Na razie. Wasz Futrzaty.

PS. Ja nie przytyłem ani kilograma. To co, ja w tej białej szacie łazić nie będę? Życie jest jednak niesprawiedliwe :)

Puszkowa na plaży czyli jak się nie nudzić…

Słońce grzało straszliwie.

Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki. Widoczna w oddali stara twierdza wenecka falowała w upalnym powietrzu, falowało również pobliskie morze skutecznie odstraszając Puszkową od wchodzenia do wody. Kamienista plaża także zniechęcała do łażenia po niej, Puszkowa leżała więc na leżaczku i tylko była… Siatkowy parasol rzucał delikatny cień na leżakującą Puszkową, która  raz po raz zmieniała tylko pozycję aby wzór na niej się nie odcisnął. Brodaty mafioso, który w imieniu szefostwa hotelu zbierał ciężką kasę za okupowanie leżaczka zniknął już z oczu Puszkowej i zajął swoją ulubioną pozycję w kącie odległego baru. Robił zapewne to co zawsze czyli nic ale jak się jest szwagrem siostry brata szwagra teścia  to się tak ma. Więzy rodzinne w kraju wakacyjnym były jednak bardzo ważne.

- Dobrze mi…- wymamrotała Puszkowa, układając się wygodnie. Panował spokój, cisza i leniwe popołudnie. Do czasu.

Wnikliwe uszy Puszkowej wychwyciły głośne i radosne rozmowy, wydawane w języku innym niż tubylczy.

Na plażę przyszła rodzina. Mamuśka, dwie dorosłe córki, kilkoro dzieci. Wszyscy wyluzowani, wakacyjni i bardzo pewni siebie. Ilość złota, niesionego na sobie, przewyższała zawartość niejednego sejfu jubilerskiego, blond główki musiały pochodzić od jednego i tego samego stylisty, zapewne bardzo drogiego. Chociaż nie. Jakaś zniżka być musiała, bo wszystkie łebki były tak samo uczesane i w takim samym kolorze. Chirurg plastyczny również musiał dać dużą zniżkę, gdyż góry skąpych bikini wypchane były implantami w tym samym rozmiarze, bardzo dużym na dokładkę. Dół bikini natomiast nie zostawiał kompletnie miejsca na wyobraźnię, gdyż cóż może zakryć sznureczek…

- Co, zawistna jesteś? – powiedziała Młodzież, widząc spojrzenie Puszkowej, rzucane zza okularów.

- Milcz smarkaczu!- kulturalnie odpowiedziała Puszkowa i patrzyła z zachwytem dalej.

Blond- Wenusy rozłożyły się na leżaczkach, przykrywszy je bardzo markowymi ręcznikami, z bardzo dużymi napisami jakby ktoś miał wątpliwości, wyciągnęły paczkę bardzo markowych papierosów, nie bacząc, że obok może być ktoś komu by to przeszkadzało. Twarze przykryły wielkimi, również bardzo markowymi okularami, też złotymi zresztą. Tylko kieliszki z szampanem, które przyniosło dziewczę z baru okupowanego przez brodatego mafiosa, były zwykłe. Żaden tam kryształ. Pewnie nie mieli. Gwiazdom wybrzeża to jednak nie przeszkadzało, kulturalnie na leżakach się uwaliły, eksponując każdemu kto chciał czy nie chciał ślady po odsysaniu tłuszczu z bioder i tylko piły, paliły i plotkowały. Na pewno było je słychać i widać. Od czasu do czasu wstawały tylko, wchodziły na chwilę do wody, głośno dziwiły się, że taka mokra, zimna, ciepła, sucha, falująca czyli niepotrzebne skreślić. Woda w każdym razie im nie pasowała w żaden sposób, zakrywała to co zakryte być nie powinno a nie po to tyle kasy zaprzyjaźniony pan chirurg wziął aby tego wszystkim nie pokazywać. Uwaliły się zatem na widoku aby wszystkich, z Puszkową na czele, zazdrość skręcała..

Puszkowa nie mogła oczu oderwać-  podobnie pewnie jak Młodzież. Plażowa nuda odeszła w zapomnienie, nachalny widok życia prawdziwie światowego sam pchał się w oczy. Nawet specjalnej zazdrości nie odczuwała, gdyż nie miała zaprzyjaźnionego odsysacza tłuszczu a zresztą jakoś siebie nie widziała ze sznurkiem na biodrach. I tak patrzyła sobie z zachwytem, raz po raz komentowanym złośliwie przez Młodzież. I wszystko byłoby nadal światowo, gdyby jednemu z blond dzieciaczków nie zachciało się po prostu siusiu.

Kibelek był 50  metrów dalej, czyściutki, pachnący i świetnie wyposażony. Ale nie. Jedna z cud piękności zwlekła się z leżaka, chłopczyka poprowadziła bliżej wody czyli jakieś 3 metry dalej, wciąż na publicznej i uczęszczanej plaży i pozwoliła dzieciakowi ulżyć sobie na piasek, komentując zresztą głośno zaradność małego. Po zakończeniu swej macierzyńskiej, chwilowej działalności znów uwaliła się na leżaku, eksponując tym razem blizny po implantach.

Puszkową zatkało. Może jednak za mało światowa i wyluzowana do tej pory była, gdyż widok tak śmierdzącego lenistwa i braku szacunku dla innych wytrącił ją z równowagi.

- Idziemy stąd!!! – zarządziła ostro, mrucząc coś ze złością pod nosem.

Pozostałą część popołudnia i wieczoru spędzili z dala od zanieczyszczonej plaży. Znów zrobiło się miło i sympatycznie. Puszkowej nawet poprawił się humor,na co na pewno miała też wpływ świeżutka ośmiornica i dawka podwójnego COSIA. I tylko na widok każdego obwieszonego złotem turysty Puszkowa wzdrygała się i jak mantrę powtarzała:

- Wot, kulturnyj narod…

A w następnym wpisie już zaskrzeczy rzeczywistość czyli znów, nareszcie będzie o mnie!

Do następnego czytania! Wasz Futrzaty.

 

 

Puszkowa popada w nałóg czyli jak spędzić miło czas ;)

- Och, jak mi dobrze… – westchnęła Puszkowa, wyciągając się wygodnie na krześle.

Był wieczór. Wakacyjny kraj wciąż zaskakiwał ciepłem i palmami, morze nadal szumiało tylko Puszkowa zmieniła porę funkcjonowania. Po ostatnim oczekiwaniu na plaży na natchnienie nurkowe, które i tak nie przyszło, Puszkowa miała spalone plecy, nogi, ręce… Właściwie wszystko, poza śladami po górnej części stroju kąpielowego, które wraz z purpurową resztą skóry tworzyło flagę kraju rodzinnego w poprzek. Jednym słowem nie było się czym chwalić. Dlatego Puszkowa, wzorem nietoperzy, postanowiła czas wypoczynku wykorzystywać porą wieczorową a wzorem wampirów w ogóle nie wychodzić na słońce. Kraj wakacyjny mleka zsiadłego na poparzenia nie posiadał a w skutki działania słynnego jogurtu Puszkowa raczej nie wierzyła.

Wieczorne zwiedzanie kraju wakacyjnego miało też swoje plusy dodatnie, jak mawia klasyk. Upał odrobinkę zelżał, były najwyżej 33 stopnie, cykady też się trochę przyciszyły i można było słyszeć własne myśli a na ulicach życie dopiero nabierało barw. Wakacyjne tłumy przewalały się po obu stronach deptaka, który to deptak zaczynał się na jednym końcu kraju wakacyjnego a kończył na drugim, czyli jakieś 250 km. Cały składał się z jednej ulicy i sklepów, sklepów, sklepów… I cały ten poparzony, wakacyjny tłum ruszał około godzin wieczornych na szaleństwo zakupów rzeczy których i tak nie potrzebował a można je było dużo taniej kupić w krajach ojczystych. Ale pamiątka to pamiątka : wiadomo! Głupi szczegół w postaci naklejki kraju producenta i tak nikomu nie spędzał snu z powiek bo i tak na Chiński Mur nikt się w najbliższym czasie się nie wybierał a procent egzotyki zakupu tak jakby wzrastał.

Nieświadomy czujnych oczu Puszkowej tłum wyraźnie dzielił się na kilka typów turystycznych : bladzi to ci co przylecieli kilka godzin temu i postanowili zacząć od zakupów, bo potem może nie być. Czerwoni i poparzeni to ci, którzy jak Puszkowa, postanowili opalić się już i teraz bo potem słońca  może nie być, zapominając, że w kraju wakacyjnym słońce świeci i opala przez trzysta dni w roku. W pozostałe tylko świeci. Najbardziej rzucali się w oczy ci najbardziej opaleni czyli turnus dwutygodniowy. Skóra wyglądała jak wygarbowana, jeszcze bardziej podkreślając wszelkie zmarszczki i inne niedoskonałości, co upewniło tylko Puszkową, że wytopić i tak się nie wytopi i kilogramów nie ubędzie a reszty niedoskonałości nie ma co podkreślać, więc opalanie ma z głowy.

Tak więc Puszkowa siedziała sobie wygodnie pod palmą syta i zadowolona. Z ośmiornicy w oliwie i cytrynie zostało tylko kilka przyssawek, z krewetek wąsy a z kalmarów nic. I to właśnie jeszcze bardziej poprawiało humor Puszkowej. Bo Puszkowa owoce morza kocha, oj kocha i nic nie psuło jej dobrego nastroju. Nie zwracając uwagi na pełne wyrzutu spojrzenia z talerza wszystko pożarła, zagryzła oliwkami a teraz siedziała i sączyła.

Jednym z zwyczajów kraju wakacyjnego, który się Puszkowej szalenie spodobał, był poczęstunek. Serwowany był  na ogół chwilę po zapłaceniu rachunku i Puszkowa jeszcze nie rozgryzła czy w końcu w rachunku został ujęty czy nie, ale podawany był. Czasami było to ciastko, czasami owoc ale Puszkowa specjalnie wlekła ekipę towarzyszącą tam gdzie podawane było COŚ. Młodzież co prawda nie była zachwycona, gdyż COSIA podawano tylko dorosłym a ona, mimo swojego imponującego wzrostu, dostawała lizaka ale chwycona raz została na tym że COSIA też podpijała, twierdząc, ze tylko próbowała. Czyli palił ale się nie zaciągał…

COŚ miało kolor czerwonej pomarańczy, pachniało anyżem, było słodkie i zdecydowanie poprawiało humor. Oj, bardzo zdecydowanie. Puszkowa po wypiciu swojego COSIA z reguły wypijała COSIE pozostałe, bo wiadomo: kierowcy nie piją a co się będzie marnowało. Humor miała zapewniony na resztę wieczoru, ekipa z COSIA okradziona zresztą też, bo Puszkowa po odrobinie napojów procentowych robi się jeszcze zabawniejsza niż zwykle. Zwykle nie chichocze z byle powodu, na przykład…

I tak między jednym COSIEM  a drugim Puszkowa postanowiła wreszcie, że musi, po prostu musi dowiedzieć się co pije. Ciasta i owoce ma w domu a COSIA nie i być może ta szarża wieczorno-uliczna tłumu wakacyjnego po COSIA jest właśnie. Wszystkie COSIE zostaną wykupione a ona zostanie samotna i trzeźwa.

Pierwszy pan kelner nie puścił pary z ust. W ogóle udawał, że nie wie o co chodzi. Drugi pan kelner też nie pisnął ale obiecał, że się dowie i więcej się nie pokazał. Trzeci kelner przyprowadził szefa. I zaczęło się. Na pytanie Puszkowej, zadane w języku międzynarodowym, popłynęła długa odpowiedź w tymże języku. Były tam walki przodków, rodzinne tajemnice przechodzące na najstarszego syna w rodzinie, skandale rodzinne i międzynarodowe, wspomnienia o lepszych czasach, wątek historyczny znany z mitologii i wiele, wiele innych opowieści w których Puszkowa, słuchając uważnie, próżno doszukiwała się tego przeklętego przepisu na COSIA. Tajemnica rodzinna i tyle ! Litry COSIA stały w lodówce, bardzo dobrze widoczne z miejsca Puszkowej a przepisu nadal nie było. Z tyrady szefa wynikało, że COŚ jest napojem tajemniczym, niemalże nektarem bogów i nigdzie, po prostu nigdzie Puszkowa go nie dostanie tylko tutaj, a o zakupie nawet nie ma co marzyć bo to świętokradztwo jest. I zaprasza jutro, będą świeże ośmiornice. Po wygłoszeniu tego wszystkiego poszedł sobie!!!

Puszkową mało szlag nie trafił. COŚ połyskiwało pomarańczowo i purpurowo, kusiło, anyżową nutą w ustach się rozpływało, kalorie nabijało  a Puszkowa nie mogła się dowiedzieć co i jak? Musiałaby nie być Puszkową! I zaczęła szukać kogoś z kogo tajemnicę wydrze zdecydowanie, nie bacząc na konsekwencje międzynarodowe. I znalazła. Ofiara właśnie zbliżyła się w postaci cichutkiej i przemiłej żony szefa. Przy swoim wiecznie gadającym mężu musiała być cichutka z natury, gdyż i tak nie miała okazji, żeby wtrącić choć słowo. Chodziła tylko, podawała, wyglądała miło, sympatycznie i życzliwie. I właśnie na nią napadła Puszkowa żądając składu COSIA.

- Ależ nie ma problemu!- powiedziała miła pani w języku międzynarodowym – Ouzo, sok pomarańczowy i syrop Grenadina. Smacznego! – uśmiechnęła się miło i poszła dalej pomagać swemu gadatliwemu mężowi.

Syrop owocowy z granatów Puszkowa kupiła w najbliższym supermarkecie, ouzo to też nasza rodzima anyżówka a sok pomarańczowy jest wszędzie. Tadam!!!! I tak stara rodzinna, przekazywana z pokolenia na pokolenie tajemnica została rozwiązana. A ośmiornice rzeczywiście były świeże. I dobre…

Ojej, znów się rozpisałem…. I rozmarzyłem. Ośmiornica jak ośmiornica ale coś z puszeczki to bym zjadł…

Smacznego! Wasz Futrzaty.

 

 

 

Plum, plum, plum … i tak sobie płynę.

Zapadało ciepłe, lazurowe popołudnie.

Cykady darły się jak oszalałe czy co tam robiły aby tylko był hałas, morze szumiało, palmy powiewały. Plaża w kraju wakacyjnym lekko opustoszała, na metr kwadratowy piasku przypadał teraz już tylko jeden podpieczony turysta. Pozostała, spieczona słońcem, brać turystyczna korzystała właśnie namiętnie z opcji all inclusive w barze przy hotelowym basenie na zasadzie: pieczeń nie podlana- pieczeń nieudana…

Przy brzegu lekko i wdzięcznie kołysała się piękna łódź motorowa. Czekała…

Tak. I tak właśnie powinien zaczynać się jakiś wakacyjny  kryminał, lekki i nawet bez specjalnej fabuły. Ale nie: to zaczynało się nowe życie Młodzieży!

Po serdecznym, życzliwym i w miarę uprzejmym obrechotaniu wyczynów Puszkowej, Młodzież popadła w samozachwyt. Bo to Puszkowa została odholowana na brzeg a nawet sama wylazła a nie ona, Młodzież. Ona, Młodzież, dorosła w takim razie jest już prawie, silna jest, mocna i odważna. Nieważne, że dopiero nastoletnia. Po prostu : facet!

I dlatego teraz już Młodzież bez żadnych oporów, strachu czy obaw wdrapała się na wspomnianą wcześniej łódź. Za Młodzieżą wtoczyła się ociężale reszta kursantów. Wszyscy mieli na sobie kamizelki nurkowe ( czy jak tam to coś, czasami nadmuchiwane, fachowo zwą), ciężkie pasy obciążające i wielkie butle z czymś tam do oddychania pod wodą. Powietrzem chyba. W zębach .. tj. w rękach każdy trzymał płetwy. Wszyscy wyglądali bardzo, bardzo profesjonalnie. Łódź zakołysała się lekko pod takim naporem profesjonalizmu nurkowego, została odczepiona od miejsca cumowania, prychnęła dymem, obróciła i popłynęła. Młodzież ruszyła na otwarte morze!!!

Puszkowa patrzyła bez zazdrości na oddalającą się łódź. Do siebie doszła już całkowicie, lemoniada cytrynowa sączona przez słomkę też poprawiała jej humor, o tym, że poparzone ramiona nie dadzą jej spać miała dowiedzieć się dopiero wieczorem czyli: luzik! Palmy: są! Lazur:  jest! Słońce: jest i to całkiem dużo. Po obcemu wokół gadają? A gadają. Jakby ktoś stacje w radiu zmieniał zatrzymując się co chwila na ” Tu Program I Polskiego Radia” lub ” Gawarit Maskwa”. Sami cudzoziemcy… Prawdziwa atmosfera luksusowych wakacji. Puszkowa rozsiadła się w  wygodniej.

A Młodzież płynęła. Instruktor udzielał ostatnich wyjaśnień coraz bardziej zieleniejącym lub blednącym przyszłym badaczom flory i fauny podmorskiej. Poziom odwagi malał  wraz z oddalaniem się od cywilizowanego brzegu ale co tam!!! Trzeba brać byka za rogi, a nawet wieloryba! Raz się żyje! Ależ będzie opowiadania po powrocie! Te rekiny, te delfiny szalone, te piranie płynące oszalałymi z głodu i nudy stadami, te żarłoczne pingwiny, wyskakujące zza zakrętów w najmniej oczekiwanym momencie. I on. Nurek Niestrachliwy, dający odpór im wszystkim: włócznią, harpunem czy profesjonalną, nurkową packą na pingwiny. Te przerażające wizje coraz bardziej kłębiły się w głowie Młodzieży, nawet zaczęła wymyślać sposób konstrukcji owych pacek, na szczęście łódź zatrzymała się. Na szczęście dla łodzi. Reszta przybladła jeszcze bardziej…

-Zapraszamy, zapraszamy! – radość instruktora, tak bardzo marzącego o pokazaniu innym cudnego, podwodnego świata jakoś nie mogła dotrzeć do skamieniałych ze… no, emocji, kursantów. Patrzyli w ciemną lazurową toń, wypatrując w niej stad rekinów ale woda była zmącona falowaniem, dna nie było widać a krwiożercze stada musiały czaić się głębiej. Czyli tam gdzie mieli zejść… I tak minęła pierwsza godzina na otwartym morzu…

Młodzież schodziła do wody jako ostatnia. Wiecie : pierwsi będą ostatnimi, ostatni pierwszymi. :). Mając przed sobą tak świetlaną przyszłość, Młodzież jakoś się nie spieszyła. Och, nie ze strachu! Nie było takiej potrzeby. Po prostu: należy zachowywać się z rozwagą i szacunkiem dla żywiołu, morskiego tym razem. Szacunek, co prawda, lekko paraliżował nogi Młodzieży  a rozwaga nakazywała wiać na brzeg, ale Młodzież nie dała się!!! Usiadła sobie na ławeczce łodzi, nogi w płetwach spuściła do wody i zamyśliła się spoglądając w zachodzące słońce. Czekała na nurkowe oświecenie. Pięknie było! Minęła druga godzina …

W trzeciej godzinie, Młodzież nadal okupowała nurkową ławeczkę, zmieniwszy tylko pozycję na wygodniejszą. Zachód słońca dobiegał finału a kursanci zaczęli wychodzić z wody, cali i nie uszkodzeni.  Młodzież, która  odpoczęła już nieco i zrelaksowała się, dopiero teraz nabrała ochoty na prawdziwe nurkowanie. Chęci miała mnóstwo! Szykowała się  już nawet do wejścia  do tej głębokiej i niosącej obietnicę prawdziwej przygody toni, ale mało wyrozumiały  instruktor nie pozwolił Młodzieży zrealizować swoich marzeń, ogłosił koniec dnia nurkowego  i nakazał powrót na brzeg. Łódź znów prychnęła dymem i zaczęła wracać.

Na brzegu zaś czekała, niezdrowo już podpieczona, Puszkowa.

- I jak było, jak było?!!!- brzmiały pierwsze jej słowa, gdy Młodzież do brzegu już dolazła.

- Fajnie… – powiedziała enigmatycznie Młodzież.- Spodobałoby Ci się …Działo się…Szkoda, że nie mogłem dłużej popływać…

Puszkowa więcej nie wypytywała. Będzie chciał, sam opowie. Ale musiało być świetnie!!!

I tak zakończyła się pierwsza przygoda Młodzieży z nurkowaniem. Puszkowej też – ostatnia :).

A jutro opowiem Wam jak Puszkowa  tajemnice rodzinne starych rodów kraju wakacyjnego chytrze wyciągała… No i krócej będzie! To dla tych co czytać nie lubią…

PS. Szkoda, że mnie tam nie było. Już ja wiedziałbym, co z tymi krwiożerczymi pingwinami zrobić. W końcu szpaka już jednego złapałem, ale mi go Puszkowa z paszczy wydarła. O rany, co ona taka głodna? Przecież odchudza się!

Na razie. Wasz ulubiony Futrzaty :)

Dzisiaj na smutno :(

Jest nam straszliwie smutno i przykro z powodu tragedii pasażerów i załogi samolotu MH17, których spotkał tak potworny los. Może, z czasem, winni zostaną ukarani ale niewinnym ludziom nikt już życia nie wróci. Mamy nadzieję, ze Ci, którzy pozostali, znajdą w sobie siłę aby żyć dalej. Wiemy, że ich życie nigdy już nie będzie takie samo ale wspieramy ich ze wszystkich sił.

Puszkowa i Futrzaty

Puszkowa w wodzie czyli co z tym nurkowaniem ?

Na czym skończyliśmy? A! Jak Puszkowa opłetwiła pierwszą nogę. No to opowiadam dalej… :)

Puszkowa stała w wodzie na drugiej, nie opłetwionej nodze. Pas uwierał ją już wszędzie, butle ważyły też coraz więcej a z ułożonej rano fryzury spływały strumyki wody. Morska woda była nie tylko w całym morzu. Puszkowa miała ją : w oczach, nosie, uszach ale co gorsza w gardle. Jakoś tam się dostała i sobie została. Jej smak był „taki se” jak mówi Puszkowa czyli lodów czekoladowych z wiśniami nie przypominał. Ale Puszkowa starała się być dzielna. ” Przecież lubię śledzie” pomyślała i skupiła się na próbie nałożenia drugiej płetwy. Szło jej tak sobie ale przecież był pan instruktor! Przydepnął nogą płetwę już założoną aby Puszkową ustabilizować i pomógł założyć drugą. Nie był to dobry pomysł…

Obawy Puszkowej co do swych zdolności organizacyjno-nurkowo-płetwowych potwierdziły się. Z chwilą skompletowania ekwipunku Puszkowa uniosła się natychmiast w wodzie i zawisła. Z wody wystawała …hm, najbardziej wypukła część Puszkowej czyli to poniżej pasa z ciężarkami, płetwy stanęły pionowo a reszta Puszkowej wisiała w wodzie. Ani w tę ani w tę. Nawet wściekać się nie miała jak, bo w wodzie znalazła się cała jej twarz a wybulgotane przekleństwa nie miały kompletnie sensu. No, chyba że zrozumiały je przepływające obok rybki, które Puszkowa widziała w kolorze i 3D. Co próbowała się jakoś wyprostować natychmiast traciła równowagę i kołysała się rytmie fal morskich, lazurowych zresztą. Głowa wprzód, tyłek w górę, głowa w tył, płetwy w górę. I tak sobie falowała wdzięcznie Puszkowa, morską wodą zalewana, obrechotana przez Młodzież, która dawno takiej frajdy nie miała. Dopiero interwencja instruktora polegająca na spuszczeniu nadmiaru powietrza z kamizelki  jakoś uratowała jej życie i godność. Puszkowa wyprostowała się wreszcie, wodę morską z uszu wytrzepała, mokre kosmyki przygładziła, myśląc z przerażeniem o porannym makijażu, który pod wodą, wśród ławic bajkowych rybek i falujących syrenich włosów, jej własnych zresztą, miał nurkowaniu dodać uroku. Skąd te syrenie loki miały być, Puszkowa nawet nie pomyślała a włosy ma przecież krótkie.  Ale wizja pozostała. Ona, rybki, loki i takie tam…Falujące.

I jakoś ta syrenia wizja postawiła Puszkową do pionu, wywołując ogromną wdzięczność instruktora. Wspominał on, co prawda, przed wczłapaniem do wody, że jakby co to każdy, naprawdę każdy może zrezygnować i wrócić na brzeg. Powtórzył to nawet dwukrotnie patrząc z naciskiem na Puszkową, ale Puszkowa myślami akurat była wtedy daleko i nawet do głowy jej nie przyszło, że ten nacisk dotyczy właśnie jej. I teraz też nie zamierzała rezygnować, mimo gorzko-słonego smaku wody morskiej w ustach, który stawał się coraz bardziej nieznośny.

- No to wchodzimy głębiej! – komenda instruktora zabrzmiała radośnie. Widać było, że facet lubi to co robi. – Popróbujemy z oddychaniem pod wodą i idziemy sobie dnem na sześć metrów. A po południu płyniemy na otwarte morze i popływamy sobie na metrach dwunastu! Będziecie zachwyceni! – dodał entuzjastycznie, unikając wzroku Puszkowej.

Poszli. Jak na razie Puszkowa czuła płetwami dno więc w panikę nie wpadała. Nawet założenie maski i pierwszy bezpieczny kontakt przez wizjer jej makijażu z morską wodą podwodną  nie sprawił Puszkowej żadnego dyskomfortu. Właściwie to nawet zaczynała być z siebie dumna. Ona wiedziała, że nurkowanie jest jej! Syrenia wizja zaczęła wzbogacać się o coraz więcej szczegółów.

Tak. Wizja była piękna. Gorzej z rzeczywistością. Mieliście kiedyś ustnik aparatu do nurkowania w ustach? Puszkowa naprawdę starała się jak mogła. Zacisnęła zęby na oślizłej, mokrej gumie o smaku i zapachu starych skarpet w morskiej wodzie wypranych bez proszku i płynu do płukania i zgodnie ze wskazówkami instruktora próbowała oddychać. Nawet całą twarz zanurzyła pod wodę w ramach ćwiczenia ale morskie, niewypłukane stare skarpety coraz bardziej dawały jej się we znaki. I jakoś, być może, poszłaby krok dalej gdyby nie myśl, która przyleciała nie wiadomo skąd i usiadła na mokrym kawałku głowy Puszkowej, jedynym który z wody wystawał. A myśl brzmiała:

- Ciekawe, kto ten ustnik memłał przede mną?…

I to był koniec kursu nurkowania Puszkowej. Płukanie dzioba wodą morską, co zaproponował instruktor, tylko pogorszyło sytuację. Szybkość z jaką Puszkowa zapychała na brzeg w pełnym tzw. umundurowaniu i płetwach zadziwiła nawet ją. Podejrzewała zresztą, że to instruktor popychał ją, bojąc się zanieczyszczenia przez Puszkową lazurowego środowiska.

I dopiero na brzegu, po całkowitym dojściu do normy siebie i swojego buntującego się żołądka, Puszkowa dowiedziała się że są specjalne tabletki niwelujące niepożądane działanie wody morskiej. Ale teraz już były jej niepotrzebne…

Resztę dnia Puszkowa spędziła na leżaku robiąc to co inni: pływając w wodzie bez aparatu, pijąc kawę i smażąc się, co, oczywiście, poskutkowało wykonaniem wakacyjnej normy obłażenia ze skóry. Ale jak myślicie, że to koniec morskich opowieści, to się mylicie. Młodzież myśli niehigienicznych nie doznała i popłynęła. Tak więc : ciąg dalszy nastąpi.

Pozdrawiam, Wasz kronikarz: Futrzaty :)