Puszkowa jedzie na ryby….

- Mam dosyć! – powiedziała Puszkowa, wchodząc do domu. Nie powiem, żeby się słaniała, ale wyglądała  nieciekawie. Błoto i ziemia były wszędzie, nawet na czubku nosa.

Bo nasza Puszkowa uparła się i robi staw. A nawet już go zrobiła, przy pomocy panów z łopatami. Panowie wykopali, wyłożyli różnymi miękkimi różnościami, folią i woda się już leje. I Puszkowa teraz poprawia po panach. Powiem tylko tyle, że poprawiać jest co, bo panowie stwierdzili, że glina z dna coś ciężkawa jest, wozić im się nie chciało i teraz wszystko trzeba powywozić w inne miejsce. I właśnie nasza Puszkowa za brygadę kopaczy się przebrała i robi wszystko po swojemu. Ale to zupełnie inna historia i kiedyś do niej wrócę. Na razie Puszkowa była zmęczona, ubłocona i jak już wspomniałem, miała dosyć.

- Przebieraj się, jedziemy na ryby!

Spojrzałem na nią  z niepokojem. Przecież byłem ubrany! W moje piękne, futrzate futro, które właśnie doprowadzałem do porządku, po jakże zasłużonej wygranej, w walce z Lizusem. Ale nie, to na szczęście nie było do mnie. Do domu wchodziła właśnie, równie ubłocona i szczęśliwa Młodzież. I te „ryby” dotyczyły Młodzieży właśnie.

Młodzież kocha łowić. Jakoś tak wyszło. Kilka lat miała, jak pierwszą rybkę złowiła, kłusując zresztą w wiejskim stawie i nie mając pojęcia o łamaniu prawa. Potem już zaczęła jeździć ( wożona była :) ) na bardziej profesjonalne łowiska i zaczęło się. Przez pierwsze kilka lat Młodzież  łowiła sama lub z kolegą. Puszkowa brała leżaczek, usadowiała się wygodnie w trzcinach na słoneczku, zamykała oczy i wypoczywała. Jednak po kolejnej awanturze o podbierane sobie wzajemnie ryby, Młodzież rozstała się z kolegą i łowiła sama. Puszkowa nadal okupowała leżaczek i było dobrze. Do czasu, kiedy Młodzież zmusiła ją do potrzymania wędki na chwilę, bo pobiegła zobaczyć, co złowił inny wędkarz ( a wrzask był na miarę  wieloryba!) i Puszkowa wędkę pierwszy raz do ręki wzięła. I złowiła! I też się zaczęło! I teraz nasza  Puszkowa też łowi. Łowi i wypuszcza z powrotem ale łowi. Do łowienia na wędkę z kołowrotkiem jeszcze nie dotarła ale ilość płotek i leszczyków złowiona przez nią na ” bacika” kilka metrów od brzegu, dawno już przeszła w setki.

I teraz nasza ubłocona Puszkowa postanowiła znów wypocząć w ulubiony sposób. A może mięty wodnej jej zabrakło i następne dwa stanowiska postanowiła obskubać? W każdym razie bagażnik Transportu Wojennego został wypełniony po brzegi i pojechali, mimo późnej pory. Resztę wiem z opowiadań baaaardzo późnonocnych, bo Puszkowa z Młodzieżą w środku nocy wrócili. Z ryb. Rozchichotani, najedzeni, brudni i szczęśliwi.

Do łowiska jest dwadzieścia minut jazdy, pięknymi terenami, przez lasy i nad jeziorami. Samo łowisko też jest wielkie i piękne, ale najważniejsze, że jest w nim mnóstwo ryb! Dba o to Pan Kaziu I Jego Ekipa, z którymi Puszkowa i Młodzież zaprzyjaźniła się i z wielką przyjemnością  na to łowisko od kilku lat  jeździ. Miło być witanym jak rodzina i to taka nie skłócona :). Jednak sympatia Pana Kazia i piękno łowiska ma też minusy. Jest tam zawsze mnóstwo, mnóstwo wędkarzy! Czasem chyba nawet więcej niż ryb i Puszkowa czasem jedzie z lekkim niepokojem, czy w ogóle jakiekolwiek miejsce będzie wolne. A dzisiaj pustka!!! Piękna pogoda, nie pada, cisza, spokój, większość stanowisk wolna. Marzenie każdego wędkarza. Puszkowa z miejsca zajęła całą szerokość stanowiska z pięknym kawałkiem plaży, blisko głównego wejścia i z widokiem na puszkowy Transport Wojenny. Drżącymi rękami przygotowała swoją wędkę i w wodę! Spławik tkwił, Młodzież rozkładała swoje wędki – tylko Puszkowa łowi na jedną i to taką najbardziej prymitywną, a prawdziwy wędkarz musi mieć rozłożone co najmniej trzy! Puściutko, cieplutko, płoteczki same na wędkę Puszkowej pchać się zaczęły. Po prostu raj! Nawet zwały gliny w pamięci Puszkowej zbladły, wyschły i jakby mniej ich się zrobiło do wywiezienia. Do tego zjawił się Pan Kaziu I Jego Ekipa. I wyjaśniło się, dlaczego pusto! Godzinę przed przyjazdem Puszkowej  skończyły się zawody wędkarskie.Trwały od rana, wesoło było,” rybolina” płynęła strumieniem, a skończyło się wszystko awanturą o jakiegoś wyjątkowego karpia, podobno na dwie, obce sobie wędki złowionego, kłótnią, wędek połamaniem i zamknięciem na godzinę łowiska. I jak już wszyscy wyjechali, łowisko zostało uruchomione ponownie i to kilka minut przed przyjazdem naszej spragnionej wypoczynku Puszkowej familii. Stąd cisza, spokój i pustki. Tylko w kącie tkwiły resztki wędek, spławików i żyłek, w ferworze ” dyskusji” porzuconych. Musiało być wesoło!

I tak sobie  wypoczywali, Puszkowa i Młodzież. Płotki brały jak oszalałe, Młodzież wielkiego karpia złowiła i już, już wszyscy do domu się szykowali. Puszkowa Młodzieży wędki kazała  pakować, w końcu wieczór już się zbliżał. Młodzież pakowała się bardzo niechętnie. I naraz uzyskała pomoc z nieoczekiwanej strony:

- No co ty!!!!!!! Przecież dopiero teraz karpie zaczną brać. Chodź do nas na pomost! Zobaczysz ile złowisz i jakie!!!! – to Pan Kaziu postanowił wyrwać Młodzież z łap Puszkowej.

I poszli na pomost. A Puszkowa została z ” bacikiem” i trzema milionami złowionych płotek, na otarcie łez otrzymała świeżo uwędzonego karpia, świeży chleb, ciasteczko, kiełbaskę i kaszankę prosto z grilla ( te ostatnie zostawiła Młodzieży bo bezmięsna jest), w końcu sama na pomost też została zaproszona!!! Kaczki latały nad głowami, łabędzie dostojnie pływały, żaby darły się jak oszalałe, zachodzące słońce odbijało się w spokojnej wodzie a karpie brały, brały, brały…. I Puszkowa złowiła swojego pierwszego w życiu karpia. Na wędkę z kołowrotkiem. Młodzież też ustanowiła  rekordy łowienia i okazało się, że nikt nie zauważył, że to co tak świeci to księżyc a nie słońce. Na szczęście świecił na tyle silnie, że udało się spakować cały porzucony przy płotkach sprzęt , dwa karpie, w tym królewski, zostały zapakowane do wiadra i wszyscy wrócili szczęśliwi, brudni straszliwie i wypoczęci jak nigdy. A karpie zostały wpuszczone od razu do prawie-stawu.

- Skoro wytrzymują w marketach przed świętami różnymi, to tu jeszcze lepiej będą miały!

- A może będziemy wykupywać je ze sklepu zimą  i wpuszczać tutaj? – zaproponowała brudna i szczęśliwa Młodzież.

I tak skończył się dzień wypoczynku, z rybami w roli głównej. I wiecie, że karpie nadal pływają?

Pozdrawiam znad brzegu, coraz bardziej do stawu podobnego, stawu! Wasz Futrzaty :)

PS. I ja i Puszkowa bardzo dziękujemy za pamięć, troskę i słowa sympatii od moich, powtarzam MOICH, czytelniczek. Wielkie futrzate całusy!

 

 

Nadchodzi godzina ZERO a Puszkowa już się denerwuje…

O rany, ale mamy problem z Puszkową! Takich nerwów u niej dawno nie widziałem. I nie słyszałem, niestety. Bo Puszkowa denerwuje się straszliwie : jutro rozpoczynamy sezon stawowy. Nadchodzi godzina ZERO.

O kopaniu stawu wspominałem? No, pewnie, że wspominałem. W końcu to temat numer JEDEN,DWA,TRZY do nieskończoności. Tylko staw, ryby, staw, kaczeńce, staw, makaron…a nie, makaron nie. Makaron jest dla psów. Bo Puszkowa już jeść też przestała. Tylko kawa i kawa. Dobrze, że o puszkach pamięta, chociaż dwa dni bez puszek też byliśmy. MY! Koty. Powiedziała, że sucha karma nam wystarczy… To tak na marginesie. Musiałem zakablować. Kumple prosili.

Ale wracając do stawu: jutro wybieramy ostatnią ziemię i zaczynamy kłaść folię. Pod folię maja pójść wszystkie przydasie w postaci starych wykładzin, nie uszytych spódnic, pościel urody wątpliwej i tym podobne kwiatki. Potem geowłóknina, na to folia a na to : WODA. Tak! Jutro zaczynamy lać wodę ! I będziemy mieć jezioro z rybami, kaczkami, żabami, przystanią jachtową i suchym dokiem. Tak przynajmniej wynika z pełnych zachwytu opowiadań Puszkowej, wiszącej na telefonie z firmami stawowymi różnymi. Puszkowa gadane ma, zadzwonić i wydębić wszelką wiedzę dla niej od innych nie problem a firmowi-stawowi-różni z chęcią wielką z następnym maniakiem wodnym pogadać pragną. Najbardziej pewnie ci od suchego doku…

Wracając do wody jutrzejszej: trzymajcie kciuki. Akcja zaczyna się rano- znając Puszkową pewnie już o piątej po trzeciej kawie będzie. Trzeba: dokopać, przekopać, wypompować wodę, w międzyczasie wyłowić ryby, przenieść ryby w miejsce z napowietrzoną wodą, wybrać starą folię, wybełtać starą wodę, wylać to co się wylało nieproszone, wygrabić, wyczyścić, wyrównać i zacząć kłaść przydasie. A na końcu woda.

Nie wiem, dlaczego  Puszkowa tak się denerwuje. Właśnie bardzo dokładnie zrobiłem jej PLAN DNIA i ten…no.. buisness plan … czy jakoś tam. Czyli jak chłopaki mają kopać, żeby było dobrze. I po co się denerwować, skoro ja, Futrzaty, nad tym czuwam od początku ?

Ale z wiarą w swój staw Puszkowa już przesadziła!

Zapisała się na kurs nurkowania.

Zdegustowany : Wasz Futrzaty.

A, jeszcze jedno! Dla tych wszystkich wielbicielek i wielbicieli, oprócz gorących pozdrowień, mam informację. Jak Puszkowa mi pokaże, jak to się robi, założę sobie konto na „fejsie”bo Puszkowa mówi, że mam się od niej odpimpać i te wszystkie wyrazy uwielbienia przez gardło jej nie chcą przejść jak mi czyta. I mam sobie jakiś   ” fanpejcz” założyć. Co to jest ” fanpejcz” ?

 

Ahoj przygodo! Puszkowa napada na rów…

- Mamy za mało roślin. Chyba. – powiedziała Puszkowa patrząc w zadumie na ciągnące się kilkoma rzędami donice z roślinami wodnymi i nie-wodnymi. Kilkoma rzędami i kilkunastoma metrami. Puszkowa od kilku dni wykopywała je pracowicie z brzegów byłego już oczka wodnego, rozsadzała je w mniejszych kępach w doniczki i pięknie ustawiała rząd za rzędem. Kolorami, liśćmi czy według jej jakiegoś tajnego kodu. Dużo tego było.

Mówiłem już, że Puszkowa, korzystając z okazji, powiększa nasze oczko wodne do całkiem dziwnych rozmiarów? Jak na razie część dziwnych rozmiarów już jest wykopana, stare oczko zamieniło się w jakieś głębokie bajoro ale teraz zimno, święta różne więc kopanie stanęło. Ryby, jak na razie, tkwią w bajorze, dobrze im tam zresztą, bo łapami sięgnąć nie możemy a Puszkowa wpakowała dwie rurki plastikowe, podłączyła do zwykłego akwariowego brzęczyka i bąbli rybom aż miło. Dobrze im! Ale będzie jeszcze lepiej tylko trzeba trochę poczekać. Na razie Puszkowa ma jednak wizję i wyszło jej, że roślin mało.

I jak to Puszkowa: mówisz, masz. Wyszukała forum z oczkami wodnymi ( o szyciowych na razie zapomniała kompletnie!) i wyczytała, że najlepiej zielsko takie naturalne, nasze, przaśne i ojczyste. Z rowu lub stawu.

Staw to Puszkowa ma już w małym palcu. Kilka dni temu, po radosnym wypadzie na ryby, oprócz darmowych, własnoręcznie złowionych płotek i całkiem sporych leszczyków, przywlokła do domu wiadro mięty wodnej, trzciny i różnych innych badyli. Z korzeniami i     ” słodko” śmierdzących mułem. Dwa stanowiska wędkarskie oskubała do „gołego” ale jest ich tam około 70 więc trochę jej stanowisk do oskubania zostało. To co przywlokła porozsadzała, rybki wpakowała do bajora ( też im dobrze, bo żadna nie padła) ale jak to z Puszkową: ciągle mało. Bo cudnie ma być i zielono. I zapadła decyzja.

- Ubieraj się! Jedziemy na rów! A wy wypad ! – energiczne polecenie wyrwało Młodzież z amoku internetowego. Nas zresztą też, nie z internetu, co prawda, ale słodkiej poobiedniej drzemki. Spaliśmy sobie, ja na kanapie, Lizus na fotelu a reszta na zewnątrz  ( wiadomo który kot jest najważniejszy). Ten ” wypad ” to było własnie do nas! Ale dzięki temu widziałem całą późniejszą akcję ” RÓW”.

Puszkowa ubrała się w  ubranie robocze czyli wyglądała jak tzw. ósme dziecko stróża, Młodzież, oderwana od internetu, lekko nieprzytomna jeszcze, oświadczyła, że wystarczą jej klapki, złapali dwa wiadra, łopatkę i poszli. A ja za nimi, z drugiej strony domu, żeby mnie nie było widać, bo sam ciekaw byłem, co Puszkowej znów strzeliło do głowy. Rów na szczęście jest niedaleko i warto było się czaić!

Rów głęboki nie jest. Słoneczko świeciło i ujawniło całą urodę rzeczonego rowu. Szemrząca woda,  odbite w niej błękitne niebo, biało-zielono-żółte brzegi porośnięte zielskiem wszelakim. Landszafcik taki! I zaczęła się rzeź. Takie przynajmniej były plany, bo przecież miało lekko, łatwo, przyjemnie i ekologicznie. Płytki rów okazał się wypełniony mułem głębokim na pół metra. Najpierw wpadły w ten muł klapki Młodzieży, potem skarpetki a potem Młodzież. Młodzież zresztą szybko z niego wyskoczyła, po ujrzeniu dorodnej pijawki i za nic miała argumenty, że pijawki to samo zdrowie. Wielki pająk wodny dopełnił reszty i Młodzież została na brzegu boso. Klapki i reszta dalej w mule tkwiły a Młodzież z brzegu zielsko próbowała wykopać. A zielsko tkwiło sobie korzeniami poniżej warstwy mułu i absolutnie nie miało zamiaru zmieniać miejsca zamieszkania. Serdecznie zapraszało do zwiedzenia jeszcze głębszych warstw mułu i nie dało się wydłubać nawet na kilka centymetrów.

- Dobrze! – powiedziała mściwie Puszkowa .- I tak was wykopię! Wrócimy tu!

I wrócili. Tym razem zaopatrzyli się bardziej bojowo. Kalosze, dwie duże łopaty, większe wiadra a dowóz zapewnił transport wojenny czyli auto Puszkowej. Najpierw wykopane zostały klapki i skarpetki Młodzieży. Pijawki zostały z nich wytrzepane ale Młodzież i tak nie odważyła się nawet ich tknąć. Jej wiedza na temat pijawek jest raczej znikoma a przekonanie, że pijawki skaczą jak zające z klapek na Młodzież i z powrotem, tkwiło w Młodzieży głęboko. Potem do akcji wkroczyła Puszkowa w kaloszach. Co płytsze zielsko wykopała, za pomocą Młodzieży z rowu wywlekła i weszła na głębiny czyli półmetrowy muł. Niebo nadal było błękitne, woda w strumyku, teraz już błotnista po kopaniu Puszkowej, nadal pięknie pluskała. Pięknie było! Tylko kalosze okazały się za krótkie a muł głębszy niż pół metra. Dobrze, że była Młodzież! Ktoś tę Puszkową z kaloszy i mułu wywlec musiał! Najpierw wylazła wściekła Puszkowa, potem pełne wody kalosze a na końcu łopata. Zielsko złośliwie zostało, nadal pięknie kwitnąc i radując oko, ale Puszkowa miała dosyć. Wiadra pełne dotąd wykopanego zielska do transportu wojennego zapakowała, Młodzieży kazała pilnować, żeby czasem szlam śmierdzący, wykopany wraz z zielskiem, po aucie się nie rozlał i ” stopą bosą” w aucie jakoś  do domu dotarła. Zielsko wywaliła, porozsadzała i jakoś się domyła. Młodzież zresztą też. Teraz Puszkowa patrzy z dumą na hektary zielska ojczystego ale chyba więcej na wypad na rów się nie odważy.

A szlam i tak się wylał. Na wycieraczkę tylko ale i tak transport wojenny wietrzy się trzeci dzień. A Młodzież oczywiście skorzystała z okazji :

- A mówiłem, żeby kupić wodery?

Pozdrawiam Was serdecznie, zachwycony niebywale śmierdzącą akcją ” RÓW”, Wasz Futrzaty!

Ależ będziemy mieć pięknie!