Puszkowa i wiosenna zaraza czyli jak przeżyć alergię…

Ojej, nawet nie wiedziałem, że tak długo nie pisałem!!! Aż mi wstyd!

Ale tylko trochę. Bo wiecie : laptop Puszkowej, krzesło Puszkowej, pokój Puszkowej. Cichcem nie wejdę bo chłopaki zaraz kablują, drzwi sam nie otworzę bo… bo mi się  nie chce no i nie sięgnę. A Puszkowa padła. Jak nieżywa. Chociaż, nie, żywa jest. Za  dużo gada i marudzi. I chrypi. Dopadła ją wiosenna zaraza.

Jak wiecie, Puszkowa o wiośnie marzyła. Marzyła, dręczyła nas wszystkich wspominkami i warczeniem na śnieg a właściwie jego brak, o ptaszkach, porankach bosą stopą i innych głupotach opowiadała a zapomniała o tym, że wiosna to dla niej zaraza najgorsza, morderstwo w oczach, gardle i zatokach, które przełazi później na całą resztę oddychania. Zaczyna się od szalonej pracy na ogrodzie, wprost pod obsypaną pyłkami leszczyną, wśród kurzu i suchych badyli, a kończy załzawionym wzrokiem wbitym w sufit, gorączką i kaszlem suchotnika dni ostatnich. Ogród leży w zapomnieniu, wiosenna zieleń razi jadem najbardziej jadowitych węży świata,a ptaszki świergolące stają się obrzydliwcami mordodrącymi.

I tak właśnie stało się kilka tygodni temu. Puszkowa szalała, kopała, podziwiała co skopała i padła. Najpierw kichała i prychała. Nawet śmieszne to było, bo mi Antka i Lizusa przypominała. Oni też mają taki wytworny zwyczaj, że w najmniej spodziewanym momencie, patrząc na przykład w oczy z miłością, kichną tak, ze trzeba się przebrać ale Puszkowej o to do tej pory nie podejrzewałem. No, z tym przebieraniem się przesadziłem ale wiecie… przenośnia taka.  A potem Puszkowa straciła głos. Na tzw. „ament”. Najpierw mówiła rozkosznym ” sznapsbarytonem” dającym jej prawo do solówek w zespołach gospel a potem ochrypła zupełnie. Dwa dni nic nie  mówiła!!! Nie marudziła, nie goniła werbalnie ( bo miłość do rajdów z miotłą jej pozostała) – spokój był po prostu. A potem naprawdę się rozchorowała. I już nawet rajdy z miotłą jej przeszły. Wszystko jej przeszło. Tylko spała i kaszlała. No, na otwieranie puszek poranną i wieczorową porą nawet wstawała, więc głodni nie chodziliśmy, ale kiepsko było. Martwiliśmy się nawet o nią…Nie piła, nie jadła ( to dobrze nawet), nie czytała, nie szyła, na fejsa nie wchodziła!!!! Zgroza totalna! Kawa jej nie smakowała. Czyli po Puszkowej…

Ale niepotrzebnie. Puszkowa już na nogach jest. „Kaszląca i słaba” jak to w jakimś klasyku szło ale już łazi. Kaszle i marudzi  ale najwyraźniej do życia wraca. Nawet ze swoimi szyciowymi przyjaciółkami znów spotykać się zaczęła i całymi dniami jej nie ma. Bo ona teraz już zdrowa (prawie), czuje jak energia do niej wraca i teraz świat do góry nogami przestawi. Na swoja, Puszkowej, modłę.

I tego najbardziej się obawiam…

Kończę, bo znów marudzi, że internetu spragniona a ja jej tu wlazłem. A tam, puszczę ją, niech wie, że mam serce dobre. Widziałem, że znów kolacji nie zjadła i całą zostawiła czyli ona tu niech sobie siedzi… a kolacja moja. Chłopaki śpią więc jeszcze nie zauważyli.

Na razie!!!!

I nie musicie mi życzyć ” smacznego”. Lubię ryby…

Wasz Futrzaty.

 

 

 

1 Komentarz

  1. Oj z tymi alergiami jest ciężko. Nigdy na to nie cierpiałam a teraz jak tylko coś kwitnąć zaczyna ciągle mam katar. Może nadmiar tej zieleni? Ale wolę ten katar niż ból głowy od spalin i hałasu.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.