Kury są głupie a nasze psy jeszcze bardziej czyli Puszkowa i nieloty..

- I znów ta pioruńska kura łazi! – westchnęła Puszkowa, patrząc na pierzasty full-wypas w czarnym kolorze, grzebiący w świeżo rozsypanej wśród kwiatów korze. Tak naprawdę to chyba powiedziała jakoś inaczej niż „pioruńska” ale westchnienie było szczere i głębokie.

Spaliśmy sobie właśnie z Antkiem i Lizusem, ale hasło ” kura” natychmiast nas z tego rozkosznego stanu wyrwało.  Bo ta kura  nie nasza jest! Obca!!! Cudza całkowicie. Ale bezczelna niesłychanie bo nie tylko przez płot jakimś cudem przełazi ale panoszy się u nas straszliwie. Co Puszkowa skopie i pograbi- kura już jest. Włazi, pogrzebie, wydzióbie co posiane przed chwilą i idzie grzebać dalej. Kura- demolka. Puszkowa już prosiła sąsiadów, żeby coś z tym czarnym potworem zrobili, bo ona, Puszkowa, aż boi się ruszyć w „sianie” w obawie, że narobi się a kura i tak zeżre ale poza propozycją obiadu z kurą w roli głównej, nic więcej nie usłyszała. A Puszkowa bezmięsna jest więc kura uszła z życiem. Uszła i dalej robiła swoje i to w świeżych grządkach Puszkowej. A przecież mamy PSY !!!

Psy są od tego, żeby chronić Puszkową. Puszkowa wmówiła im to na tyle skutecznie, że za drzwi wyjść na pół metra nie może, żeby te dwa wielkie niedźwiedzie natychmiast po obu jej stronach nie stanęły. Każdy z nich waży przecież…oj, waży! Jak tak idą w trójkę, to Puszkowa, co niewiarygodne, jest z nich najchudsza. Znaczy, najmniej gruba. Puszkowa nabija się z kundli, że to jej straż przyboczna, ale widać, że miło jej, że tak za nią łażą. Przez pierwszą godzinę… Ale mniejsza z tym. Psy są również od tego, żeby utrzymywać porządek i przeganiać niechcianych gości. Sroki na przykład. Albo wróble. Ze słowikiem to przesadziły jednak.

Mamy słowika. A właściwie mieliśmy. Jak tylko drzewa, posadzone przez Puszkową, urosły na kilka porządnych metrów, zjawił się. Marzenie Puszkowej. Śpiewał a właściwie wydzierał się nocami, gniazdo jakieś nawet wić zaczął a Puszkowa zachwycała się. Że taki malutki, pierzasty ( na oczy go nie widziała!), że tak pięknie śpiewa i żeby tylko nam nie odleciał. Planowała nawet, że go za nogę do drzewa przywiąże ale odlecieć nie chciał. Darł się jeden miesiąc, drugi, trzeci. Reszta słowików już dawno przestała, rodziny pozakładała a ten swoje. Puszkowej nawet żal się go zrobiło, bo szpetny widocznie musiał być i żadna go nie chciała, ale w końcu przymknął się i był spokój. A następnej wiosny wszystko od nowa. Drze się, drze i tu psy już nie wytrzymały. Muzykalne są, więc widocznie, słowik nie tylko paskudny z gęby był ale i fałszować musiał. I zaczęło się. Co słowik wieczorową porą dziób wydarł, oba kundle drzewo osaczały i tak szczekały, że słowik w końcu wyprowadził się. I już nie wrócił. No i nie mamy słowika…

Ale ciągle mamy kurę. Czarną i nie swoją. I jedyna nadzieja w psach. I co? I nic.

Widzieliśmy z Puszkową na własne oczy jak psy pilnują. Traweczka zielona, słoneczko świeci, ptaszki na drzewach ćwierkają ( wysoko na drzewach bo o historii ze słowikiem całe ptactwo wiosenne już wie), na traweczce leżą dwa futrzane potwory, po kilkadziesiąt kilogramów każdy i patrzą sobie z zaciekawieniem i oceanem sympatii na czarne, gdaczące, pierzaste paskudztwo, które tu pogrzebie, tu coś dzióbnie, to z psiej miski makaronik wczorajszy podje, to rybom wodę wypije ( a może robaki wyżre). A pieski co? Nic. Jakby jakaś kurza miss zaszczyciła ich swoją obecnością. Dobrze, że Puszkowej kawy nie każą podać. Z mlekiem i świeżym pączkiem.

Spojrzałem na Puszkową. Puszkowa stała i patrzyła na kurę z dziwnym wyrazem twarzy. Tak jakby widziała ją jednak na talerzu. Nóżki, czosnkiem natarte, ślicznie w piekarniku zrumienione, wokół młode ziemniaczki w  tłuszczyku pachnącym, świeżym koperkiem posypane, marchewka młoda… Ach, cudny widok…

I dopiero teraz zrozumiałem całą perfidię psiego postępowania. Kury nie gonią bo ją tuczą !!! Żeby większa była. Cwaniaki!!! A ja myślałem, że głupie są…

Wasz, bardzo zaskoczony i zgłodniały, Futrzaty.

 

 

 

 

Ziszcza się kretyniszcze czyli Puszkowa i reklamy…

- Wyłączcie to natychmiast! – wrzasnęła Puszkowa trzymając się za głowę. Właściwie to próbowała wrzasnąć ale głosik, który wydobył się z Puszkowej był cieniutki i obolały. Sens jednak był całkowicie zrozumiały. Mamy natychmiast wyłączyć telewizor. Ja i Młodzież.

Puszkowa leżała. Wiosenna zaraza nie odpuściła, niestety, i po kilku dniach spokoju postanowiła się znów ujawnić. Dała sobie spokój z oskrzelami i zatokami i wlazła w głowę Puszkowej doprowadzając do tego, że Puszkowa znów padła, tym razem z ręcznikami na głowie. Po kilogramach różnych leków Puszkowa darowała sobie chemię i głowę owinęła mokrym kompresem z ręczników. Wyglądem przypominała mumię, z tym, że mumiowata była głowa a reszta normalna ale leżąca. Leżąca, marudząca i wściekła.

Bo Młodzież TV włączyła. Wiadomo : Młodzież to nie my. Nie ma nikogo do tłuczenia i gryzienia tak jak ja mam chłopaków. Może nawet i ktoś by się znalazł, jakby Młodzież dobrze poszukała, ale raczej pokojowo do wszystkich i wszystkiego jest nastawiona, gryźć nie pogryzie bo szkoda klamry na zębach a szansa że Młodzież jednak mogłaby pojedynek przegrać była duża bo Młodzież wielka jest ale do tłuczenia się ostatnia. Wprawy nie ma. Nie to co ja – dodam skromnie na marginesie. No i z tych nudów Młodzież włączyła wspomniany odbiornik telewizyjny. Polatała po kanałach, polatała i i na którymś została. Jakieś chłopaki w trójkę różne samochody testowały : Mały, Duży i Gapkowaty. To tak jak my z Antkiem i Lizusem. Ja jestem ten Duży oczywiście…

No i właśnie Młodzież sobie oglądała swój ukochany program motoryzacyjny, oglądała, śmiała się z gamoni i był spokój. Puszkowa nic nie marudziła, oczka zamknęła, podsłuchiwała nawet…  ale nastąpiła przerwa na tak zwane reklamy. I po kilku minutach Puszkowa dostała wścieklizny. Nie dosłownie, oczywiście. W końcu zaszczepiona jest – przez pomyłkę, co prawda, bo Lekarz Od Kotów w Antka nie trafił a Puszkowa była zaraz obok. Ale szczepiona jest. Wścieklizna była reakcją na bezsens tych reklam i przekonanie o głupocie odbiorcy . Bo przecież ktoś te reklamy wymyślił a ktoś zatwierdził. A Puszkowa nie wierzy, że jakaś firma dobrowolnie pozwoliła zrobić z siebie pośmiewisko. Reklama ma zwracać uwagę na firmę i jej produkt. Jeżeli po kilkunastu sekundach ma się ochotę przełączyć na inny kanał, pamiętając tylko, ze dana reklama doprowadza oglądacza do szału, z całą pewnością jest to antyreklama.

Kurczakowego Podróba, na przykład, Puszkowa lubi bardzo. Aż apetytu nabrała na kurczaczka choć mięsa nie je. Ale gdy zobaczyła najpierw radosnego, nie wiadomo dlaczego,  Aktora Który Stał Się Tym Czym Jest Teraz w reklamie jednego z banków, bank ten zdecydowanie znienawidziła i nie ma szans aby jej noga kiedykolwiek w nim stanęła. Ale przynajmniej wie, który tak znienawidziła. Bo jest też reklama, nie wiadomo czego, przynajmniej na początku, która Puszkową  do szału ostatecznego doprowadza. Tej w której wszystko się ziszcza : szafiszcza, mebliszcza, foteliszcza i inne dupereliszcza. O co chodzi, nie wiadomo ale jak nie wiadomo o co chodzi, wiadomo, że o pieniądze. I dlatego Puszkowa podejrzewa, że dotyczy to jednak banku. Ale nigdy nie dowiedziała się jakiego, bo natychmiast po rozpoczęciu reklamy każe wyłączyć telewizor albo wyrzucić go za okno.

I jak mam teraz wściekłej Puszkowej przekazać informację, że Antek Kociszcze nie trafił do kuweciszcza i podłogiszcze w łazieniszcze jest do mycia?

Załamany Wasz Futrzaciszcze… tfu! Futrzaty !

 

 

 

Puszkowa pisze powieść… chyba…

ROZDZIAŁ 1.

” Marzec wlókł się niemiłosiernie…”

I tu Puszkowa zawiesiła się. Pierwsze zdanie napisała, kursor radośnie mrugał prosząc o ciąg dalszy a Puszkowa nic. Bezmyślnie za okno patrzyła. I wcale nie jak ktoś kto właśnie w głowie przebiera w niezliczonej ilości wątków, postaci czy rysów psychologicznych, wybierając z tego bezmiaru to co najlepsze. Wyglądała po prostu jak …. Jak wyglądała.

Zachichotałem, przyznaję się, złośliwie. Leżałem sobie na szafie, przysypiając momentami. Spokój, cisza, luzik. Muzyczka gra. Śniadanko było, reszta kotów wyleciała grzać się nad stawem. Tylko ja i wolna chata… No i Puszkowa, która naraz laptop włączyła, stronę pustą otworzyła  i napisała to co napisała. Z góry wszystko lepiej widać.

- A takie miałam pomysły…- westchnęła Puszkowa. I znów się zawiesiła.

I już wszystko wiem! Puszkowa pisarką postanowiła zostać. Wiedziałem, że tak będzie.

Pozazdrościła mi fanów, moich wszystkich pięciu a czasami nawet siedmiu lajków, pozostawionych przez czytających mój blog i sama postanowiła sławy zakosztować. Przecież skoro ja piszę to może każdy!!! Każdy. Rozumiecie to? Pewnie już widzi siebie przed północą w telewizji, mówiącą o życiu codziennym i jego dylematach z przemyśleniem głębokim, na twarzy zresztą ponadinteligentnie wyglądającej a przeprowadzający wywiad spija z ” ustów” jej wypowiedzi. Wszystkie babskie gazety korzystają z jej, ukrytej do tej pory, głębokiej wiedzy a wszystkie telewizje śniadaniowo-kolacyjne proszą ją o wypowiedzi na wszystkie możliwe tematy. Pozostały czas antenowy przeznaczony jest zresztą na maść na hemoroidy i kredyty gotówkowe czyli normę reklamową.

I w tym momencie Puszkową musiało lekko wstrząsnąć. Jakoś siebie w maści z kredytem w ręku nie widziała. Rozejrzała się wokół i wreszcie raczyła zauważyć, że jestem. I wszystko widzę.

- No… pomysł mi uciekł. Fajny był…O … tym… no…

Tak. Naprawdę był świetny! Sam go zresztą, ten pomysł, widziałem. Jak wiał. Aż mu się spod … czegoś co mają pomysły zamiast nóg … kurzyło. Widocznie maść do niczego nie jest mu potrzebna. Wątrobę też ma zresztą OK. A ponieważ zwiał i go nie ma, ja muszę Puszkowej pomóc. I tu proponuję:

Rozdział 2. Kwiecień wlókł się niemiłosiernie.

Rozdział 3. Maj wlókł się niemiłosiernie.

Rozdział 4. Czerwiec wlókł się niemiłosiernie.

Na drugie półrocze też już mam pomysł ale nie będę zdradzał tajemnicy. Na pewno się nie domyślacie. A przecież muszę pomóc Puszkowej w jej karierze pisarskiej…

Myślę więc jestem. Piszę bo chcę być sławny. Wiecie: co poeta na myśli miał…;)

Na razie. Wasz Futrzaty.

Puszkowa i wiosenna zaraza czyli jak przeżyć alergię…

Ojej, nawet nie wiedziałem, że tak długo nie pisałem!!! Aż mi wstyd!

Ale tylko trochę. Bo wiecie : laptop Puszkowej, krzesło Puszkowej, pokój Puszkowej. Cichcem nie wejdę bo chłopaki zaraz kablują, drzwi sam nie otworzę bo… bo mi się  nie chce no i nie sięgnę. A Puszkowa padła. Jak nieżywa. Chociaż, nie, żywa jest. Za  dużo gada i marudzi. I chrypi. Dopadła ją wiosenna zaraza.

Jak wiecie, Puszkowa o wiośnie marzyła. Marzyła, dręczyła nas wszystkich wspominkami i warczeniem na śnieg a właściwie jego brak, o ptaszkach, porankach bosą stopą i innych głupotach opowiadała a zapomniała o tym, że wiosna to dla niej zaraza najgorsza, morderstwo w oczach, gardle i zatokach, które przełazi później na całą resztę oddychania. Zaczyna się od szalonej pracy na ogrodzie, wprost pod obsypaną pyłkami leszczyną, wśród kurzu i suchych badyli, a kończy załzawionym wzrokiem wbitym w sufit, gorączką i kaszlem suchotnika dni ostatnich. Ogród leży w zapomnieniu, wiosenna zieleń razi jadem najbardziej jadowitych węży świata,a ptaszki świergolące stają się obrzydliwcami mordodrącymi.

I tak właśnie stało się kilka tygodni temu. Puszkowa szalała, kopała, podziwiała co skopała i padła. Najpierw kichała i prychała. Nawet śmieszne to było, bo mi Antka i Lizusa przypominała. Oni też mają taki wytworny zwyczaj, że w najmniej spodziewanym momencie, patrząc na przykład w oczy z miłością, kichną tak, ze trzeba się przebrać ale Puszkowej o to do tej pory nie podejrzewałem. No, z tym przebieraniem się przesadziłem ale wiecie… przenośnia taka.  A potem Puszkowa straciła głos. Na tzw. „ament”. Najpierw mówiła rozkosznym ” sznapsbarytonem” dającym jej prawo do solówek w zespołach gospel a potem ochrypła zupełnie. Dwa dni nic nie  mówiła!!! Nie marudziła, nie goniła werbalnie ( bo miłość do rajdów z miotłą jej pozostała) – spokój był po prostu. A potem naprawdę się rozchorowała. I już nawet rajdy z miotłą jej przeszły. Wszystko jej przeszło. Tylko spała i kaszlała. No, na otwieranie puszek poranną i wieczorową porą nawet wstawała, więc głodni nie chodziliśmy, ale kiepsko było. Martwiliśmy się nawet o nią…Nie piła, nie jadła ( to dobrze nawet), nie czytała, nie szyła, na fejsa nie wchodziła!!!! Zgroza totalna! Kawa jej nie smakowała. Czyli po Puszkowej…

Ale niepotrzebnie. Puszkowa już na nogach jest. „Kaszląca i słaba” jak to w jakimś klasyku szło ale już łazi. Kaszle i marudzi  ale najwyraźniej do życia wraca. Nawet ze swoimi szyciowymi przyjaciółkami znów spotykać się zaczęła i całymi dniami jej nie ma. Bo ona teraz już zdrowa (prawie), czuje jak energia do niej wraca i teraz świat do góry nogami przestawi. Na swoja, Puszkowej, modłę.

I tego najbardziej się obawiam…

Kończę, bo znów marudzi, że internetu spragniona a ja jej tu wlazłem. A tam, puszczę ją, niech wie, że mam serce dobre. Widziałem, że znów kolacji nie zjadła i całą zostawiła czyli ona tu niech sobie siedzi… a kolacja moja. Chłopaki śpią więc jeszcze nie zauważyli.

Na razie!!!!

I nie musicie mi życzyć ” smacznego”. Lubię ryby…

Wasz Futrzaty.

 

 

 

Co poeta na myśli miał…

- Masz coś zadane?- pytanie Puszkowej zgrzytem wdarło się w miłą, leniwą, niedzielną ciszę.

Młodzież nie odpowiedziała nic, udając, że nie słyszy. Ja tylko podniosłem głowę, znad Lizusa i spojrzałem z wyrzutem na Puszkową. Ta to ma pomysły! Niedziela, słoneczko świeci, ptaszki świergolą, Lizus warczy cichutko bo go nadgryzam, Młodzież przegląd sprzętu wędkarskiego robi bo właśnie nowy sezon ogłosił, a Puszkowa z takim pytaniem wyleciała. I jeszcze je powtórzyła.

- Masz czy nie? Przypominam, jutro poniedziałek jest a do ferii jeszcze daleko.

- No. – Młodzież odpowiedziała, według niej, krótko i wyczerpująco, nie podnosząc głowy znad zwijanej właśnie żyłki.

- A to ” no” to znaczy tak czy nie ?- nie odpuszczała Puszkowa.

- No przecież mówię, że tak ! Z polskiego.- Tu Młodzież znów spokojnie inną żyłkę rozwijać, dla odmiany, zaczęła.

- Po książkę, zeszyt i lekcje robić !!! – zarządziła złośliwie Puszkowa. Młodzież głowę podniosła i z wyrzutem w oczy Puszkowej spojrzała. Ale Puszkowa nieubłagana była. Pomyślała nawet, znów złośliwie, że następnym razem ten przeuroczy weekendowy czas Młodzież w innej kolejności spędzić musi. Najpierw zadania domowe a potem wędka. Albo się zobaczy. Ale na razie trzeba było zmusić Młodzież do prac zaległych.

Ciężko było ale jak na razie po myśli Puszkowej szło. Opornie bo opornie Młodzież wędkę, żyłki i ten cały wędkarski bałagan odłożyła ( odłożyła, a nie schowała – przecież zaraz do niego wraca! ) i wyciągnęła z byle jak pod biurko wrzuconej torby nieszczęsne akcesoria do zadania domowego. Wyciągnęła, otworzyła i głęboko się zamyśliła. I taka zamyślona siedziała sobie cicho. Puszkowej coś ta cisza spokoju nie dawała i w kilka minut z kuchni przyleciała.

-Co jest? Co masz zadane? Pokaż ! – Puszkowa nieproszona do zadania domowego Młodzieży siłą prawie się wdarła. W podręczniku twarz znanego poety widniała. Poety zamyślonego, z marsem na czole i bokobrodami. Puszkowa Poetę w szkole też poznała i różne jego utwory przerabiać musiała. Teraz na Młodzież czas przyszedł.

- A tam, wiersz taki muszę przeczytać- z niechęcią powiedziała Młodzież – i analizę zrobić. Co poeta miał na myśli czy coś tam. I właśnie tak siedzę i myślę.

- I co myślisz? – ucieszyła się Puszkowa wrażliwością Młodzieży.

- Że wi-fi słabo mi chodzi. Trzeba by modem sprawdzić. Nie wiesz, czy ich komórki też miały wi-fi ? – pytanie było jak najbardziej celowe i Poety dotyczyło.

Puszkowa lekkiego pomieszania zmysłów doznała. Nie mogła sobie przypomnieć czy smartfon Poety miał modem wi-fi czy nie miał. Pomieszało się, pomieszało i przeszło.

- Jakie komórki?!!! Na węgiel chyba! Przecież wtedy jeszcze komórek ani innych takich urządzeń nie było. – Puszkowej wstyd było się przyznać, że za jej młodszej młodości podobna sytuacja była ale w to Młodzież i tak by nie uwierzyła.

- O rany! – westchnęła Młodzież – to oni te wiersze z nudów pisali? Bo co niby mieli mieć na myśli?

Tu Puszkowa powinna Młodzież odesłać do historii różnej, sytuacji politycznej złożonej i skomplikowanej niesłychanie, ale uznała,że do tego Młodzież jak pogłówkuje, sama dojdzie. A na pewno powinna. Wystarczy, że Puszkowa sama niemiłe doświadczenia z ” co poeta miał na myśli…” miała i z Młodzieżą dzielić ich nie zamierzała. Ale pamiętała!

Puszkowa bardzo dobrą  uczennicą zawsze była. Siedzieć godzinami nad podręcznikami nie musiała, wiedza sama jej do głowy wchodziła i nawet tam zostawała. Puszkowa czytać kochała, czytała wszystko co jej w ręce wpadło, od książki telefonicznej w wielu lat pięciu po beletrystykę bynajmniej nie dla Puszkowej przeznaczoną. Czytać uwielbiała- do dzisiaj jej zresztą to zostało. Jako osoba oczytana niesłychanie, trochę więcej zbędnych informacji łyknęła niż program szkolny zalecał i te informacje gdzieś tam sobie w tej pojemnej główce Puszkowej tkwiły.

Pewnego dnia również ona usłyszała na lekcji nieśmiertelne CO POETA MIAŁ NA MYŚLI. Puszkowa, owszem, wiedzę miała ale za bardzo wyrywna do zgłaszania się nie była, tym bardziej, że wszyscy wokół wiedzieli, że Puszkowa wie i nie ma nią sobie co głowy zawracać. Inni niech się wykażą. Pytanie padło i … cisza. Wi-fi jeszcze nie istniało więc, wzorem Młodzieży, zamyślać się nie było nad  czym. Coś tam gdzieś w głowach się pojawiło w stylu : poeta, dzięcielina pała, coś o Litwie było ale po co to pisał? Cisza grobowa. No i nadzieja w Puszkowej. Jak mus to mus. Puszkowa wstała, w głowie sobie poukładała wszystkie wyczytane w rożnych książkach o Poecie wiadomości  i wypaliła :

-  Bo pieniądze musiał zarabiać. Dużo dzieci miał, nie pracował i wiersze pisał. Za każdy, który mu wydrukowali, wypłatę dostawał i dzieci mógł utrzymać. Dobrym ojcem był.

Cisza się zrobiła jeszcze większa niż poprzednio. Nauczycielskie oczy okrągłe się zrobiły, bardziej wytrzeszczone a wykształcony na uczelniach umysł nowe wiadomości na temat Poety przetrawiać zaczął. Niby prawda ale jakaś taka mało patriotyczna. A nie o to chodziło…

I Puszkowa do dzisiaj nie wie czy jej odpowiedź spełniła wymagania nauczycielskie czy nie. Pan Nauczyciel bardzo szybko jedyną, słuszną  wersję ” co poeta miał na myśli” klasie przedstawił, klasa ochoczo z tą wersją się zgodziła, własną interpretacją motywów Poety głowy sobie nie zawracając i temat został zamknięty. Nigdy więcej Puszkowej nikt o jakąkolwiek opinię na temat motywów pisarzy czy poetów różnych nie pytał. Taką wiedzę marnować!!!

A teraz Młodzież nad Poetą siedzi i dawno już odkryte motywy działalności Poety na nowo odkryć musi. I tu Puszkowa cichutko, tak aby Młodzież nie słyszała, szepnęła:

- Co poeta miał na myśli? Kasę, chłopie. Kasę.

Zdziwiony Wasz Futrzaty.

 

 

 

 

Hej, dziewczyny :) To my: Futrzaty, Antek i Lizus !

Nie pchać się i po kolei!!!

Z okazji Waszego święta składamy Wam wszystkie wyrazy… a nie,  wyrazy wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i  pomyślności wszelkiej!  Aby szminka zawsze Wam pasowała do tego, do czego chcecie aby pasowała. Aby Wasz rozmiar, nad którym do tej pory płakałyście ( za chuda, za gruba – nigdy w sam raz!) hitem się stał i co najmniej przez miesiąc kanonem piękna światowego ogłoszony został. Abyście  w każdym ciuchu, który założycie, jak międzynarodowej klasy modelki wyglądały, ale takie dużo ładniejsze, normalniejsze i sympatyczniejsze. Aby Wasi panowie / status obojętny/ po ujrzeniu Was na kolana padli i co najmniej przez tydzień wielbili. Abyście mogły słodycze wszelkie jeść bez utraty talii. I żeby szczęście i dobry humor nigdy Was nie opuszczały.

A naszym Paniom Kotom, Lili i Kaśce, życzymy żeby mniej jadły i schudły, bo spasły się niemożebnie i jeszcze bardziej wredne się zrobiły. I żeby pierwsze do miski się nie pchały bo starczy dla wszystkich a tak wyłazi z nich łakomstwo i pazerność.

Tego wszystkiego z okazji Dnia Kobiet życzymy my : Futrzaty, Antek i Lizus! Buziaczki!!!

Puszkowej też już życzenia złożyliśmy. O trzeciej rano. Wszyscy razem. Zachwycona nie była i teraz odsypia :)

Wasz Futrzaty!!!

Puszkowa uczy kultury ;)

- No ty skunksie ……! Jak cię dorwę ……….a………….!!!…..!!!……..i…….. …!!!!…………!!  Oj!

Puszkowa właśnie przejeżdżała przez wiadukt,  starając uratować się przed  kierowcą odrapanego  samochodu marki już nierozpoznawalnej z powodu  braku jakichkolwiek oznaczeń  świadczących o producencie rzeczonego pojazdu. Dumny właściciel wiekowego auta  uznał, że slalom między samochodami w szczycie ruchu na tymże wiadukcie stanowi wspaniałą okazję do ukazania wszem i wobec swojej wyższości nad innymi. Z otwartego okna wystawał drobny łokieć, znad kierownicy ledwo było widać główkę kierowcy a właściwie tylko daszek czapki  ale muzykę słychać było głośno i wyraźnie. Prawdopodobnie muzykę,  gdyż dudnienie basów skutecznie zagłuszało inne dźwięki. Spreparowana rura wydechowa auta również nie pozwalała Puszkowej rozeznać się o ogólnym rytmie i tonacji puszczanego i prawdopodobnie nie opłaconego ZAIKS-owi utworu.  To ” Oj!” jednak „miszcza” kierownicy nie dotyczyło. W trakcie  wygłaszania długiej, głośnej i wyraźnej tyrady na temat zdolności, pochodzenia rodzinnego  i stanu umysłu wspomnianego, Puszkowej przypomniało się nagle, że sama nie jedzie. Obok siedziała Młodzież.

Puszkowa spojrzała z nadzieją  w bok. Z nadzieją na chwilową głuchotę Młodzieży, związaną na przykład z głębokim zamyśleniem na temat, jak delikatnie zasugerować zwiększenie tygodniówki… ale nie. Nic z tego. Niby Młodzież skromnie oczy spuściła, głowę w bok odwróciła i duchem w aucie nie przebywała, ale szeroki uśmiech rozlewający się na fragmencie twarzy, widzianym przez Puszkową, potwierdzał jej obawy. Młodzież wszystko słyszała dokładnie, niektóre zestawienia słów pierwszy raz zresztą ( Puszkowa w tej dziedzinie twórcza jest)  i na pewno w głowie zapisywała, żeby w razie czego w towarzystwie… hm…, zabłysnąć. Dobrze, że chociaż notatnika nie wyciągnęła, ale, jak podejrzewała Puszkowa, spowodowane to było raczej lenistwem Młodzieży niż troską o samopoczucie Puszkowej.

- Nie wyrażamy się ! – na wszelki wypadek przypomniała Puszkowa. – Bo wiesz…

- Wiem, wiem !- zachichotała Młodzież.

Bo Młodzież kulturalna jest. Puszkowa podejrzewała, że nie zawsze i nie wszędzie ale jak na razie Puszkowa z Młodzieżą problemów pod tym względem nie miała. W końcu skutecznie ( taką miała przynajmniej nadzieję !) pewnych zachowań go oduczyła a od słownictwa, często wyrazami mowy antycznej wspieranej,  z daleka utrzymać zdołała. Puszkowa, oczywiście, zdawała sobie sprawę, że naiwna jest ale nikt z otoczenia Puszkowej o tzw. wyrazach w wykonaniu Młodzieży jej nie skarżył.

Kiedyś jednak  taka sytuacja  wydarzyła się.  Obecnie i Puszkowa i Młodzież traktują to wspomnienie jako anegdotę z morałem w stylu : dlaczego nie wkładamy gwoździa do kontaktu … ale swego czasy Młodzież ryczała długo po jedynej ale pamiętanej przez wszystkich wpadce z tzw. słownictwem antycznym.

Młodzież nie była jeszcze wtedy Młodzieżą obecną. Była dzieckiem. Tak około sześcioletnim. Takim małym, chudym, śmiesznym chłopcem z długimi nogami i długimi palcami, które tak bardzo  przydały się później w grze na skrzypcach. Problemów z nim nie było żadnych właściwie, na wszystko się godził i żadnych zachcianek nie miał. Tak jak i teraz mieszkał w mieście, ale bardzo często do Puszkowej przyjeżdżał. Puszkowa od kilku tygodni już na wsi mieszkała, szczęściem się z tego powodu zachłystując, o psie dopiero myśląc i swojego miastowego kota,  do nowego domu przywiezionego,  do nadmiaru przestrzeni przyzwyczajała. Młodzież, oczywiście, swoje miejsce też tu znalazła, tym bardziej, że obok mieszkały ( i mieszkają ) inne dzieciaki. Teraz to też już młodzież jest i ich drogi  trochę się rozeszły ale wtedy cała ekipa razem się bawiła, mądre i głupie pomysły realizując, od włażenia na drzewa począwszy do skakania z dachu budynku gospodarczego sąsiadów skończywszy ( to ten najgłupszy pomysł, na szczęście bez żadnych skutków ubocznych). Młodzież trochę pokrzywdzona czuć się musiała bo w zdecydowanej mniejszości była, zdolności przywódcze w niej, tej Młodzieży, wykiełkowały i zakwitnąć postanowiły. I pewnego dnia, Młodzież słowem, na ogół nie pisanym, rzuciła. Tak dla zaznaczenia, że ona, Młodzież, też z niejednego pieca chleb jadła i obycie w towarzystwie obce jej nie jest. A resztę zatkało! Nie ze zgorszenia, oczywiście, bo jak długo we wsi sklep z piwem funkcjonował, nie takie teksty słyszała. Dzieciaki na ogół „długie uszy” mają i nie ma szans, aby coś się przed nimi ukryło. Sklepu z piwem już nie było ale wzbogacone słownictwo pozostało. I teraz, do miłośników tego bogatego słownictwa, dołączył ich nowy kolega. I okazja się zrobiła…

- Bo, proszę pani, on powiedział k…. !!!! –    no, powiedział co powiedział i cytować nie musimy.

Pierwsza z tą wstrząsającą informacją przybiegła przywódczyni grupy, lat osiem mająca. Wyraz antyczny wymówiła zresztą cały, z akcentem na jego środkową część i z wyraźnym zadowoleniem w głosie.  Za chwilę dołączyła pozostała część grupy, z nieszczęsnym wykonawcą  wyrazu na końcu. Minę miał głupią, uszy czerwone a zdrada w wykonaniu jego dotychczasowych przyjaciół  uderzyła w niego jak grom z jasnego nieba. Puszkowa widziała to czerwonouche  nieszczęście i śmiać jej się chciało, ale surowa być postanowiła.

- Nie wierzę!  On tak nie mówi ! Na pewno źle słyszeliście …

- Nie!!! – święte oburzenie w głosie mówiącej  brzmiało bardzo wyraźnie  - mówił, mówił! Wyraźnie słyszeliśmy!!! Mówił k…..

I tu dziecięce głosiki w różnej intonacji i natężeniem zaczęły powtarzać to straszliwe słowo, które splamiło buźkę i honor ich miastowego kolegi. Puszkowa ze śmiechu ( w sobie, oczywiście) mało nie umarła, ale surowość okazać musiała. Okazja sama się trafiła i nie miała zamiaru jej odpuścić.

- Wy wszyscy do domu a ty do łazienki ! – zadecydowała groźnie, pozbawiając towarzystwo dalszego widowiska. Poszli posłusznie, z poczuciem krzywdy, gdyż łazienka do tej pory z miejscem wychowawczym im się nie kojarzyła – pomijając, oczywiście, kwestię codziennego zmuszania do mycia zębów, co jak wiadomo, dzieciom do niczego nie jest potrzebne. Puszkowa drzwi wejściowe starannie zamknęła, milczącego delikwenta do łazienki zaprowadziła i krótka przemowę wygłosiła. Że młody, a nawet mały, że wstyd, że nieładnie i takie tam inne. Prościzna i marudzenie. A ponieważ ze swej buźki ślicznej, którą Puszkowa uwielbia, brzydkimi wyrazami w kibelek zamienił, Puszkowa mu tu oto szczotkę do wyczyszczenia buźki daje. I zza muszli klozetowej wyciągnęła znajomą szczotkę o charakterystycznym kształcie.

Młodzież do dzisiaj swój ryk pamięta. Zębów, oczywiście, czyścić szczotką kibelkową nie musiał ale już nigdy też potrzeba użycia jej w charakterze innym niż przeznaczony, nie zaistniała. Puszkowa też zresztą starała się w obecności Młodzieży swój długi i bogaty w porównania język powstrzymać i na ogół jej się to udawało. Ale jak dzisiaj zobaczyła tego…..,w tym padle, to ją mało ….

- Bo ci kupię szczotkę do kibelka …- z wyraźną przyjemnością powiedziała Młodzież

A ja to wszystko słyszałem. Siedziałem sobie z tyłu i jechałem do szczepienia. I właśnie wtedy zaszczepili Puszkową. Przeciw wściekliźnie. Ale o tym innym razem.

Pozdrowionka!!! Wasz Futrzaty :)

 

 

 

 

 

Królewna Puszkówna i Żaby

- Panie Stasiu, załatwi mi pan żaby ? – głos Puszkowej ociekał słodyczą i błaganiem.

Aż ze zdziwienia Lizusa przestałem gryźć co zresztą skrzętnie wykorzystał i zwiał. Przestał również warczeć, niestety. A mnie  właśnie to jego warczenie najbardziej się podobało i namiętnie go podgryzałem od kilku chwil . Lizus leniwy jest straszliwie, na ogół łagodny niesłychanie, wszystko mu pasuje a tu naraz wylazł z niego bardzo groźny kot. Tygrys prawie. Wkuł się, że przydusiłem go łapą i gryzę, za tłusty jest, żeby się chyłkiem wydostać więc warczał.   Ale te żaby tak mnie z równowagi wytrąciły, że Lizus dał nogę i tyle go widziałem.

Z reguły nie podsłuchuję telefonicznych rozmów Puszkowej. Jeśli o mnie nie mówi to niech sobie mówi co chce, byleby cicho. Ale tu temat mnie zainteresował. ŻABY? Tych jeszcze u nas nie było. A, i pewnie dlatego właśnie Puszkowa zadzwoniła do nieznanego mi osobiście Stanisława jakiegoś. Pewnie łowca żab czy coś. Hm, kangura też nie mamy – to tak na marginesie… Też można byłoby gdzieś zadzwonić.

- To co? Kiedy mogę po nie przyjechać? – Puszkowej humor poprawił się zdecydowanie. Słuchałem z coraz większym zdziwieniem. Co Puszkowa z tymi żabami ma? Od Młodzieży  się zaraziła, czy co? Bo nasza Młodzież żaby kocha. Pomysł miała nawet, żeby ryby wszystkie wywalić z akwarium i w to miejsce żaby wpakować, ale słyszałem odpowiedź Puszkowej i wiem na pewno że ryby w akwarium nadal będą. A już się nawet ucieszyłem. Nie wiem co z rybami  Młodzież chciała zrobić, ale ja już bym wiedział,oj tak ! Nawet z chłopakami gadałem, którą który by zaadoptował.  Antek, oczywiście, jak zawsze szczerze wypalił, żeby mu tylko glonojada nie przydzielać bo kościsty jest za bardzo i potem długo ości z zębów by wyciągał, ale grzecznie mu wytłumaczyłem, że glonojada psom podrzucimy. Udławić się nie udławią ale śmiechu będzie co niemiara jak który w paszczę go weźmie. Bo glonojady wredne są, strasznie się rzucają  i są dużo silniejsze niż wyglądają. A nasze glonojady wielkie są.  Niestety, po odpowiedzi Puszkowej wizja glonojada w psiej paszczy rozpłynęła się jak bańka mydlana i znów wróciłem do rzeczywistości… Będą żaby!

Puszkowa umówiła się na telefon z nieznanym mi Stanisławem  i kopać poleciała. Ja za nią bo telefon zabrała a żabiego ciągu dalszego ciekaw byłem coraz bardziej i miałem nadzieję, że tajemniczy Stanisław oddzwoni szybko. I dobrze zrobiłem. Oddzwonił. Puszkowa kopanie rzuciła ( dosłownie, mało w łeb łopatą nie dostałem!), do domu wpadła, na człowieka się zrobiła i wyprysła. Po żaby pojechała!!!!

Wróciła po godzinie. Jakieś pudełko chlupiące z samochodu wyciągnęła, delikatnie do domu zaniosła i rozpakowała. My oczywiście za nią. Tak się spieszyła po te żaby, że z tego biegu  przed wyjazdem nawet do domu nas nie wpuściła i musieliśmy jak te sierotki bez mamy i taty pod drzwiami czekać, aż królewna raczy wrócić. Raczyła, wpuściła nas i podziwiać kazała.

W pudełku foliowy worek był. Całkiem duży. W worku była brudna i mało ciekawa woda. A w tej wodzie siedziały żaby. Trzy sztuki. Siedziały, gapiły się wokół jak kretynki i nie przejawiały żadnej inicjatywy, żeby z tej wody wyjść. Puszkowa worek otworzyła, żeby jej ślicznotki nie podusiły się i z zachwytem na nie patrzyła. Jednostronnie z zachwytem, bo żaby nadal wyglądały jakby ostatnie trzy  komórki ich rozumu właśnie w tej brudnej wodzie przed chwilą  się rozpuściły. Siedziały i gapiły się bezmyślnie. Po prostu tylko były. A nam też mowę odjęło. Czułem, że muszę coś powiedzieć aby wiarę w zdrowy rozsądek odzyskać, ale na szczęście Puszkowa pierwsza przerwała panującą i mrugającą wyłupiastymi oczami ciszę.

- Śliczne, prawda? – pytanie mocno retoryczne było  - Pan Stasiu mi załatwił. Specjalnie do takiego jednego znajomego pojechał, żeby mi te żaby załatwić.

Zatkało mnie z lekka. Z przemowy Puszkowej wynikało, że nieznany nam znajomy nieznanego nam Stanisława jakąś tajną hodowlę żab miał. Wizja łąki po horyzont wypełnionej żabami, łażącymi, skaczącymi i rechoczącymi mowę mi odjęła. Hodowla oczywiście tajna była, skoro wiadomości o niej tylko dobrym znajomym przekazywano. W każdym razie trzy sztuki z tej tajnej hodowli miliarda żab siedziały właśnie przed nami, nadal wyglądając głupio i nie rechocząc wcale.

- ….. i właśnie od dzisiaj u nas w stawie będą mieszkać. Fajnie, nie? – Puszkowej dobry humor nie opuszczał, mimo naszych zbaraniałych min. Spojrzałem na Antka i Lizusa, mając nadzieję, że może oni coś z tego rozumieją. Ale nie. Oczy mieli jak talerze, na żaby w milczeniu patrzyli z miną w stylu:  PRZECIEŻ NIE PIŁEM!!! POWIEDZ, ŻE TEŻ TO WIDZISZ…..

A potem sobie przypomniałem. Przecież Puszkowa o żabach truła już od chwili, kiedy swój ciągle powiększający się staw zrobiła. Karasie czerwone i złote do wody wpuściła, lilie kwitnące  w koszykach nasadziła, ważki chyba jakimiś czarami ściągnęła, żeby jej wdzięcznie nad wodą się mieniły .Nawet bałem się, że gdzieś je  łapać będzie  i klejem lub sznurkiem do trzcin przymocuje ale nie. Ważki wodę poczuły i same się zjawiły. I tylko żab Puszkowej brakowało. Tak aby Puszkowa, rankiem, w jedwabnym peniuarze, stopą bosą nad stawem stojąc, delikatnego kumkania słuchała.  W promieniach słońca wschodzącego…

Mam nadzieję, że Puszkowa dużo za te żaby nie zapłaciła. Bo jak tylko wyniosła  je nad staw, żeby upragniony landszafcik  uzupełnić, żaby natychmiast zwiały. Puszkowa najpierw je z trawy wyłapywała i z powrotem na brzeg stawu odnosiła, przekonując , że nigdzie lepiej mieć nie będą jak z mamusią, ale po którejś probie odpuściła. Pewnie po puszkowemu nie rozumiały…

Ale i tak Puszkowa zadowolona jest. Bo teraz, gdzieś, w jakimś  rowie, JEJ żaby siedzą, radośnie kumkają i mile ją, Puszkową wspominają. Bo przecież życie im uratowała na wolność wypuszczając.

No to gdzie ten telefon do łowców kangurów?  Może też chciałyby na wolność ?

Wasz, załamany Puszkową, Futrzaty.

Puszkowa wyłącza telewizor …. Z prądu.

Oj, wiedziałem, że jak pozwolę Puszkowej na samodzielną, radosną twórczość może być niedobrze. Bo Puszkowa przygnębiona chodzi i jako taka z nikim styczności mieć nie powinna. Nawet słowem pisanym.

Wiem : to moja wina. Wiosennie się zrobiło i z chłopakami większą część dnia i nocy w krzakach spędzamy, polując na co popadnie. Z reguły na siebie polujemy, bo do ptaków sięgnąć nie możemy a ryby w stawku też wieją na nasz widok. Głupie takie!!! Przecież nic im nie zrobimy! Pogłaszczemy, przytulimy, utulimy, kołysankę zaśpiewamy… O rany, ten Antek też za mądry nie jest. Co to znaczy : mów za siebie? Czy on nie widzi, że to całe towarzystwo powietrzno- wodne słucha?  No… czyli przytulimy, zagłaszczemy … znaczy, pogłaszczemy i tak dalej. A Puszkowa sama w domu została. Sama i w nastroju ponurym.

Słońca od dwóch dni nie ma – jest ogółem ale za chmurami, chłodniej się zrobiło i Puszkowa kopanie na ten czas przerwała. Jak kopie – humor ma i nic jej nie denerwuje. Kopania nie ma – w nastrój ponury wpada i wszystko co najgorsze jej się przypomina. A na dokładkę znów telewizor włączyła. Niby tylko na kilka godzin, bo prasować będzie a przecież na prasowane ręczniki patrzeć nie będzie tylko w „coś” – ale te kilka godzin wystarczyło, żeby w pesymistyczny nastrój popadła. Bo z telewizora groza i brak opamiętania się wylewa. Strasznie jest i nawet nieśmiesznie. Tak jakby wszyscy lekko zwariowali …

I Puszkowej też ręce trząść się zaczęły. Garnek z makaronem dla psów najpierw spaliła bo zapomniała, że wstawiła, tenże gorący garnek potem z rąk jej wypadł i walnął w blat kuchenny. Na blacie też ślad został. Puszkowa resztką optymizmu pocieszyła się, że blat i tak planowała wymienić, bo paskudny już się zrobił i całe szczęście, że na jej nogi nie spadł ale ogółem humoru jej to nie poprawiło. Postanowiła więc, że coś napisze skoro ja czasu na blog nie mam…

I napisała. Ostatnie dwa teksty są dziełem Puszkowej właśnie. I co?  I to był mój największy błąd ostatnich kilku dni. Nie licząc oczywiście wróbla, którego prawie już miałem ale Główny Miłośnik Ptaków czyli Cwaniak  z łap mi go wyrwał i życie uratował. Z Cwaniakiem w ogóle coś się dziwnego dzieje- jeszcze chwila to na dietę bezmięsną wzorem Puszkowej przejdzie. Ale o tym w następnym wpisie będzie a teraz wrócę do ponurej Puszkowej i jej wpisów na MOIM, powtarzam, MOIM blogu!

Już dostałem OPR od Puszkowego, że za durnymi ptakami i rybami biegam, a Puszkowa w tym czasie swój  nastrój pogłębia i innym humor psuje. Bo przecież teksty Puszkowej, pisane kompletnie bez zapotrzebowania społecznego, ani lekkie ani przyjemne nie są. Każdy ma przed sobą jakąś wizytę w jakimś urzędzie i na samą myśl zęby go bolą a tu jeszcze Puszkowa, nieproszona, ze swoimi doświadczeniami się wcina i resztkę nadziei utrąca. Mogłaby przecież o odchudzaniu napisać na przykład : kilka kilogramów jej już ubyło a kilka jeszcze przed nią. Albo o nowych ciuchach, które sobie uszyła. Parę fajnych rzeczy nowych ma, a na dokładkę wpadła na manię przerabiania. Wyszukuje jakiś stary ciuch, potem drugi, patrzy na nie , bierze nożyczki, tnie, zszywa i różne cuda jej wychodzą. Ale nie!!! Za problem społeczny się wzięła i świat naprawiać zapragnęła. Świat który jest, był i będzie i żadna Puszkowa jednopokoleniowo na swoją modłę go nie zmieni. Lepiej miotłę by wzięła i chodnik pozamiatała bo Główny Miłośnik Ptaków doprowadził do tego, że kury sąsiadów, wszystkich już chyba, u nas sobie marcowy piknik zrobiły, robią co chcą, rozgrzebują korę, którą Puszkowa dla ” ozdobności” wszędzie porozsypywała i cały piękny, do tej pory, ogród jak wybieg dla kur wygląda. Kur szczęśliwych. Z bardzo wolnego wybiegu..

Ale wracając do tematu : ostatnie wpisy bez mego udziału się odbyły i wyszło że to jednak moja wina!!! I dlatego właśnie wydałem rozporządzenie : od dzisiaj Puszkowa ma zakaz zbliżania się do mojego bloga. Swój niech pisze – ciekawe kto to będzie czytać! Chyba samobójca jaki w chwili wątpliwości, czy na pewno jest swej decyzji pewien…  Nie! Lepiej niech samobójca moje teksty czyta to niedoszłym samobójcą się stanie a potem już tylko lepiej będzie! To  Puszkową trzeba od informacji medialnych odciąć bo za bardzo się przejmuje i w doły psychiczne wpada. Świat chce zmienić, najlepiej na raj na ziemi, a łapki dwie ma tylko i i za małe na tak szlachetne zamiary. No i obrywam niepotrzebnie.

I tu uroczyście wprowadzam drugie rozporządzenie. Oprócz odbimbania się raz na zawsze od mojego bloga, Puszkowa ma wyłączyć telewizor. Z prądu i ostatecznie. Na prądzie Puszkowa zaoszczędzi, prasować może w pokoju szyciowym, kurz za telewizorem niech wytrze, kocie piłeczki spod szafki powyciąga a miejsce, w którym sterta kabli leży świetnie my wykorzystamy, z Antkiem i Lizusem, na tłuczenie się i napady znienacka. Czyli same korzyści. Humor się Puszkowej poprawi, sterta prasowania w oczy kłuć nie będzie a i o szyciu Puszkowa sobie przypomni. A świat i tak swoją drogą pójdzie, bo Puszkowej i innych Puszkowych i tak żadne Psuje Świata słuchać nie będą. Ale Puszkowa w Opiekę wierzy, więc Opieka prędzej czy później zrobi z Psujami porządek i lepiej, zamiast wylewać swe żale i traumatyczne przeżycia opisywać, Puszkowa niech coś bardziej przyziemnego i pożytecznego zrobi. Kury niech lepiej pogoni, bo za kilka dni nowy transport kory przyjedzie i będzie co robić. A z Cwaniakiem też trzeba pogadać bo porządku z kurami on właśnie miał pilnować ….

Opowiadałem Wam już o żabach?  Przypomnijcie mi następnym razem.

Pozdrawiam Was z cichego, beztelewizyjnego a za to wygodniekanapowego pokoju :)

Wasz Futrzaty.

Puszkowa i Ważny Urząd część 2.

Na czym to skończyliśmy wczoraj?

Na pewno nie na tym jak mi Puszkowa laptop zabrała i wywaliła na świeże, wiosenne powietrze. To miało być tajne! Już wiem.

Puszkowa usiadła  na korytarzu Bardzo Ważnego Urzędu i spokojnie czekała. Czekała, czekała. I życie urzędnicze obserwowała. Właściwie część tego życia, bo urzędnicy jako osoby ułatwiające codzienne życie petentów za wielką ścianą się schowali,  bez szyby żadnej , drzwi starannie zamknęli a potrzebujących, siedzących w poczekalni, numerkami wywoływali. Czasami drzwi do tego skarbca sekretnego wiedzy najwyższej i kompetencji otwierały się i Puszkowa widziała tajne życie urzędników. Drzwi szybko zresztą się zamykały- pewnie dlatego, żeby gawiedź wiejska nie wpadła i sianokosów nie zrobiła, ale co Puszkowa  ze swojego krzesełka widziała, to jej.

Pani pracowała jedna. Sztuk było jakieś siedem siedzących, jedna stojąca i jeden pan. Pan był młody, zmęczony i zniechęcony przeglądaniem gazety ( na pewno branżowej) i smakiem kawy, która popijał z na pewno branżowego kubka bo z napisem „Urząd Jakiśtam Gdzieśtam”. Ani chybi kierownik. Pani stojąca, z miną cierpiącej za miliony, próbowała się gdzieś dodzwonić, ale jej pragnienie nie współgrało z czynną działalnością telefonu. Jedna pani przekładała papierki z jednej strony na drugą, jedyna pani pracująca z miłym uśmiechem tłumaczyła petentowi, że da się ale nie tak szybko a reszta pań robiła „nic”. Puszkowa podejrzewała, że to „nic” to też jakaś forma działalności jest ale sens był tak głęboko ukryty, że Puszkowej trudno było go dostrzec. Za to świetnie go słyszała. Ten sens. Pan AniChybiKierownik szybko zamknął drzwi, gdy Puszkowej zainteresowanie zobaczył, ale przyjazna ściana dzieląca przyjaznych urzędników od nieprzyjaźnie nastawionych petentów trochę cienka była i Puszkowa oraz coraz większy tłum w poczekalni miała okazję usłyszeć bardzo ważne urzędników rozmowy. I tu już cytaty lecieć będą  :

” Mówię ci , Krystyna, ona dla pieniędzy za niego wyszła. Chuda i brzydka jest więc nie wiem co w niej widzi.” ( to o znanym aktorze i jego nowej, młodej żonie).

” Ja tam seriale lubię . W nich to jest prawdziwe życie, nie to co tu.” ( tłumaczyć nie trzeba)

” Słyszałaś? Zostawił ją dla takiej jednej ….Wiedziałam, że tak się skończy. Moja teściowa od razu mówiła, że tak się skończy.” ( to też o serialu) .

Tu koniec cytatów, bo wszystkie następne wypowiedzi, wygłoszone głośno i wyraźnie, tak aby tłum od sianokosów wiedział, że za ścianą „kulturalne” ludzie siedzą, podobne do siebie były. Wszystkie dotyczyły najnowszych odcinków w TV, najnowszych newsów z tabloidów i wszystkie udowadniały, że prawdziwe życie to jest po tej drugiej stronie ekranu, a to tu to miałkość, nijakość i bylejakość….Cechy te obejmowały również coraz bardziej wkurzony tłum w poczekalni ale każdy miał coś do załatwienia i może nie z pokorą ale z nerwami na wodzy siedział. Dyskusja za przyjazną ścianą trwała. Puszkowa nawet sama sobie dziwić się zaczęła, że tak ważne aspekty prawdziwego życia do tej pory ją omijały a brak wiedzy o podstawowych faktach z życia ważnych dla kultury osób pozwolił jej normalnie funkcjonować, gdy wreszcie tablica … no, tabliczka świetlna nad drzwiami jej numerek pokazała. I Puszkowa wejść mogła.

Skierowała się od razu do jedynej pani pracującej i był to dobry i trafny wybór. Ponieważ dobijała dopiero jedenasta, pani miała w sobie jeszcze trochę chęci i życzliwości. A może od niedawna pracowała albo telewizora nie miała? W każdym razie wszystko Puszkowej wytłumaczyła, papierki powypełniała, wszystko to przy nadal toczącej się dyskusji, dała kilka kwitków i zapłacić kazała.

- A gdzie ? – zapytała Puszkowa, przynosząc wstyd swojej, podobno wrodzonej, inteligencji.- W kasie ! – odpowiedziała radośnie pani, uwidaczniając braki wrodzonej inteligencji Puszkowej.- A ta kasa to gdzie? – sposób myślenia Puszkowej zaczął przynosić wstyd trzem poprzednim generacjom rodziny Puszkowej. –  Tu ma pani adres!!! – pani z Bardzo Ważnego Urzędu kipiała życzliwością. – A potem co? – dopytywała się Puszkowa. – A potem pani tu wróci …- życzliwa urzędniczka patrzyła z uśmiechem na coraz bardziej skołowaną Puszkową. – Tak od razu , bez kolejki , mogę wejść ? – głupio i bez sensu zapytała Puszkowa.

I zapadła cisza. Tłum od sianokosów w poczekalni kosy zaczął ostrzyć na wypadek, gdyby jednak Puszkowa bez kolejki wepchnąć się chciała, a wszystkie panie zza przyjaznej ściany wraz z AniChybiKierownikiem ze zdziwieniem na Puszkową spojrzały. Ze zdziwieniem, zgorszeniem i zażenowaniem. Jak bez kolejki? Od razu to do stodoły się włazi a nie do porządnego urzędu. Bo to co urzędowe odleżeć musi, mocy nabrać, bez wydeptania korytarzy różnych każdy by sobie mógł pomyśleć, że urzędy dla ludzi są a nie na odwrót. Taki petent szybko coś załatwi i co? Niedosyt będzie miał. A tak na imieninach czy innej imprezie rzuci mimochodem : ” Wczoraj byłem w urzędzie i załatwiłem to co chciałem …” i od razu gwiazdą wieczoru jest, przez wszystkich na tzw. okoliczność jest przepytany a spojrzenia pełne podziwu długo w nocy śnić mu się będą….

Puszkowa nieimprezowa jest ale resztka inteligencji / tej wrodzonej/ w niej się tliła i szybko zrozumiała, że na pozytywną odpowiedź nie ma co liczyć. Uśmiechnęła się nieśmiało, spojrzała na adres kasy i zbaraniała lekko. – Ależ to na drugim końcu miasta jest…- wyjąkała ze zdumieniem. Pani urzędniczka uśmiechnęła się wyrozumiale. W końcu Puszkowej o plan dojazdu do kasy nie pytała i adres takowej w ogóle jej nie interesował. Zapłacone ma być, potwierdzenie przyniesione i wtedy ciąg dalszy nastąpi. I na dzisiaj to tyle. Puszkowa iść już sobie może. Samochód ma bo inaczej wizyta w Wydziale Komunikacji do niczego nie byłaby potrzebna więc do kasy na piechotę iść nie musi, dojedzie i wróci. I już niech idzie bo kolejka czeka.

Te same myśli przemknęły przez głowę Puszkowej. Ale ponieważ uparta jest a zdolność myślenia powoli do niej wracała, Puszkowa przypomniała sobie, że prawo jazdy musi wymienić również. I jak już tu jest a droga przez mękę i tak ją czeka, to ona z okazji skorzysta. Wyciągnęła z torebki przygotowane na ta okoliczność zdjęcia i formularz , podała życzliwej pani i powiedziała :

- Bo wie pani, jeszcze prawo jazdy jest do wymiany….

Pani formularz wzięła mniej życzliwie jakby, na zdjęcia spojrzała i podała je siedzącej cztery panie dalej koleżance. W milczeniu je podała. Siedząca cztery panie dalej urzędniczka tez na te zdjęcia spojrzała i oddała je życzliwej koleżance. Ta oddała je Puszkowej, która znów lekkiego zmącenia umysłu doznała.

- Takie nie mogą być? – Puszkowa zaczęła podejrzewać, że ze zdjęciami jest coś nie tak. – Mogą. Ale pani jakoś tak na nich brzydko wygląda… – powiedziała życzliwie urzędniczka. Puszkowa spojrzała na zdjęcia. Normalne były, Puszkowa jak Puszkowa, Angeliną  nie jest ale fizjonomię Puszkowej zdjęcia oddawały dokładnie. W wielu dokumentach Puszkowa je miała i jakoś do tej pory nikomu nic nie przeszkadzało. I wtedy odezwała się milcząca / poza dyskusjami o serialach/ koleżanka życzliwej :

- Bo pani na nich wygląda jak z kartoteki więziennej!  Proszę przynieść inne bo z tymi nic nie można zrobić. Następny numer proszę !!!

I Puszkowa sobie poszła. Papierki pozałatwiała, druga wizytę odfajkowała  i przysięgła sobie, że nigdy jej noga w Starostwie, w Wydziale Komunikacji więcej nie postanie. Bo ona, wiejska Puszkowa, nie ma zielonego pojęcia jakie musi mieć zdjęcia żeby panie urzędniczki uznały je za odpowiednie. I teraz Puszkowa odchudza się. Może to pomoże ?

Dobrze , że mam Puszkową i ja nie muszę nigdzie chodzić…

Na razie. Wasz Futrzaty.